wtorek, 9 lipca 2019

Od Sadic'a Cd Koeru

Teraz byłem już niemal pewny, że białowłosa nie jest jakimś zwykłym człowiekiem. Nadal nie miałem pojęcia skąd się wzięła w mojej kryjówce, ale co najciekawsze ona sama również nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Znała tylko swoje imię i trzymała się przekonania, że już mnie zna, chociaż ja byłem pewien, że nigdy w życiu jej nie spotkałem. Może też pochodzi z jakiegoś wymiaru? Tylko dlaczego straciła pamięć?
– Tak. Znaczy... Właściwie to zatrzymałem się tutaj na jakiś czas, bo nikt tu nie mieszkał. – odpowiedziałem na jej pytanie zgodnie z prawdą. Nie byłem pewny na ile tu zostanę, ale narazie jeszcze nie zamierzałem się stąd przenosić w inne miejsce. To było dla mnie idealne – zniszczone, brudne i pełne kurzu, wręcz wspaniałe do przeżywania przygód. Na Elbion nigdy bym takiego nie znalazł, więc było dla mnie niezwykłe. Już chciałem zapytać Koeru gdzie mieszka ona, kiedy dotarło do mnie, że skoro nic nie pamięta, to zapewne nawet nie ma gdzie się teraz udać. – Jak chcesz możesz zostać tutaj ze mną. – wypaliłem od razu, czując jak przepełnia mnie podekscytowanie tym, jak mogłoby być wspaniale, gdyby się zgodziła. Mogłaby zostać moją pierwszą ziemską przyjaciółką! Przeżywalibyśmy przygody i bawili się razem!
– Dobrze, zostanę. – odpowiedziała po krótkiej chwili, a ja wręcz podskoczyłem z radości, wypuszczając przy tym wszystkie, trzymane w rękach owoce, które upadły na ziemię.
– Oj... – zaśmiałem się nieśmiało, klękając, by je pozbierać. Koeru również po chwili znalazła się przy mnie, pomagając mi. Odłożyliśmy owoce na jedną ze starych półek, z wyjątkiem dwóch jabłek, z których jedno postanowiłem dać mojej towarzyszce. – Proszę, sam je zdobyłem. – wyciągnąłem do niej dłoń z jedzeniem, posyłając jej dumny uśmiech. Dopiero kiedy przyjęła mój skromny dar, zacząłem jeść swoją część.
– A ty jak się tutaj znalazłeś? – zapytała siadając pod jedną ze ścian. Usiadłem obok niej, z natłoku myśli nie wiedząc, od czego zacząć opowiadać. To była naprawdę długa historia, ale chciałem ją opowiedzieć. Zwłaszcza że wreszcie natrafiłem na kogoś, kto chce mnie wysłuchać z takim samym zainteresowaniem, jakim ja darzę teraz ją, pomimo tego, że nic nie pamięta. Właściwie przez ten fakt owa, siedząca obok mnie dziewczyna zdawała mi się owiana aurą tajemniczości, a przez to jeszcze bardziej mnie ciekawiła niż gdyby wszystko od razu opowiedziała i ujawniła. Nie wiedziałem czego się po niej spodziewać. Może przybywa z jakiejś odległej krainy? Może jest wygnańcem, który został pozbawiony pamięci? A może po prostu ziemianką, której przytrafiło się coś niespotykanego?
– A więc zacznijmy od tego, że pochodzę z Elbion, wymiaru stworzonego przez moją daleką przodkinię dla mojego rodu. – rozpocząłem z podekscytowaniem, patrząc Koeru  oczy.
– Wymiaru? – zapytała, zanim zacząłem mówić dalej. Przekrzywiłem głowę w bok, nieco zbity z tropu jej krótkim pytaniem.
– Tak, wymiaru. Nie wiesz co to? – wlepiłem w nią zdziwione spojrzenie. Dziewczyna pokiwała głową na boki. – No tak, zapomniałem, że Ziemianie nie wiedzą... Wybacz. Wymiar to inny świat, taki niby równoległy, ale daleki. Jest podobny do tego tutaj, ale jednocześnie inny. W moim wszystko było symetryczne i pasujące do siebie nawzajem, czułem się tam jak na dłoni! Ale parę dni temu wyciągnął mnie stamtąd dziadek Derven i tak znalazłem się tutaj. Marzyłem o tym całe życie! – roześmiałem się, ale zaraz znowu skierowałem uważne spojrzenie na swoją towarzyszkę. – Ciekawe skąd jesteś ty.
– To niesamowite! Ale jesteś pewien... Że to nie wyobrażenie? – dziewczyna chyba nie mogła uwierzyć w to co jej właśnie powiedziałem. Spoglądała teraz na mnie z uniesioną brwią, trochę jak na wariata.
– Oczywiście, że jestem pewien! Przecież stamtąd pochodzę! – zawołałem oburzony tym, że w ogóle mogłaby mi nie wierzyć.
– Opowiedz mi coś więcej o tym wymiarze, to musi być naprawdę niezwykłe miejsce! – w jej oczach dostrzegłem iskierki ciekawości, skupiające całe zainteresowanie na mojej osobie. Aż poczułem się zachęcony do dalszego opowiadania.
– No dobrze. Elbion to świat dobra, w którym nie istnieje zło, a przynajmniej tak mi zawsze mówiono. Jeżeli miałbym porównywać tamten świat z tym tutaj, to tam wszystko jest jaśniejsze, dopasowane, symetryczne. Budynki są wyższe, bardziej rozbudowane i mają szklane dachy. Nie ma tam tłoku, bo mieszka tam tylko mój ród, więc nigdy nie miałem zbytnio z kim się bawić. Byłem tam najmłodszy... Oprócz dziadka Dervena chyba nikt nie opuszczał tego miejsca, a przynajmniej ja nigdy tego nie widziałem. – wytłumaczyłem, widząc w myślach ten swój świat, z którego uciekłem. Aż niedobrze zrobiło mi się przez jego wyobrażenie. Odkąd przybyłem na Ziemię, matka oraz moi krewni cały czas próbują się ze mną skontaktować myślami, aby móc mnie zlokalizować. Ignorowanie ich naprawdę staje się coraz trudniejsze, ale nie ma mowy abym tam wrócił! Poza tym przecież obiecałem dziadkowi Dervenowi, że nie będę nikomu odpowiadał na wiadomości telepatyczne, a ja dotrzymuję słowa.
– Ale to musi być wspaniałe, świat bez zła! Chciałabym w takim żyć! – rozmarzony głos Koeru wyrwał mnie z zamyślenia, a kiedy zrozumiałem sens jej słów, aż wstałem.
– Wcale nie! To okropne miejsce! To więzienie do którego nigdy nie wrócę! Nawet nie wiesz jak strasznie nudziłem się tam przez całe siedemnaście lat mojego życia! – nie mogłem powstrzymać gniewu w swojej postawie, już samo myślenie o Elbion w taki sposób sprawiało, że miałem ochotę wyjść z siebie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wyglądam teraz jakbym obwiniał Koeru o coś, czemu właściwie nie jest nawet winna i czego nie zna. Spoglądała na mnie w ciszy, delikatnie marszcząc brwi. Westchnąłem, starając się uspokoić i ponownie usiadłem.
– Przepraszam. Po prostu wreszcie udało mi się stamtąd wyrwać i... Sama rozumiesz. – wpatrzyłem się w jej jasnoszare oczy. – Nie chciałem na ciebie nakrzyczeć.
– Nic się nie stało. – uśmiechnęła się do mnie delikatnie, a ja spróbowałem odwzajemnić ten gest. Zapewne gdyby była tutaj mama, już by mi wypominała mój zły czyn, którego właśnie się dopuściłem. Nie powinienem reagować w taki sposób, a zwłaszcza względem osoby, z którą chcę się przyjaźnić. Koeru jest pierwszą osobą na Ziemi, którą polubiłem i mam wrażenie że z odwzajemnieniem. Naprawdę nie miałem zamiaru na nią krzyczeć ani o nic ją obwiniać, ale... Samo jakoś tak wyszło.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę o różnych rzeczach, zanim ogarnęło nas zmęczenie i położyliśmy się spać. Odstąpiłem Koeru miejsce na starej kanapie, a sam położyłem się na starym, zostawionym przez wcześniejszych właścicieli tego domu kocu.

~~~

Rano mój sen przerwały pierwsze promienie wstającego słońca, wpadające do budynku przez częściowo wybite okno. Obudziłem się pierwszy, jednak Koeru otworzyła oczy zaraz po tym, jak zacząłem zbierać się z ziemi i przeciągać.
– Dzieńdoberek. – powitałem ją szerokim uśmiechem, który odwzajemniła, choć jeszcze trochę sennie. Poczułem jak burczy mi w brzuchu, a wczorajsze zapasy zjedliśmy podczas naszych rozmów, więc trzeba było się zebrać i iść po nowe. Od razu postanowiłem wytłumaczyć dziewczynie mój plan działania, dzięki któremu nie głodowałem jeszcze ani razu odkąd się tutaj znalazłem i miałem nadzieję, że się dołączy. We dwójkę z pewnością będzie łatwiej i szybciej. 

Koeru?

czwartek, 20 czerwca 2019

Od Koeru CD. Sadic

Pierwsze co pamiętam to biel. Biel tak oślepiająco czysta i jasna, iż wręcz raziła w oczy. Próbowałam zamknąć oczy, by się przed nią osłonić, lecz zorientowałam się, iż od początku mam je zamknięte. Zmarszczyłam czoło i ścisnęłam powieki najmocniej jak umiałam. Czułam każdy ruch mojego ciała, każde przemieszczenie mięśnia i napięcie skóry. Miałam dziwaczne wrażenie odległości od siebie, jakbym była gdzieś z tyłu mojego umysłu i patrzyła na swoje ciało, które porusza się na czyjąś komendę, lecz tym kimś byłam ja. Nie wiem jak inaczej określić to uczucie. Bodźce docierały do mnie później, a myśli wydawały się mętną plątaniną obrazów i mgły. W głowie grała mi odległa melodia, lecz nie mogłam jej rozpoznać. Poczułam pod czyimiś plecami twarde kawałki drewna. Ktoś się poruszył, a ostre końcówki połamanych desek wbiły mi się między łopatki. A, no tak. To ja się poruszyłam. Powoli ośmieliłam się otworzyć oczy. Robiłam to ostrożnie, ponieważ biel była naprawdę rażąca. Wyobraźcie więc sobie, jeśli potraficie, moje zdziwienie, gdy wszystko, na co patrzyłam po otwarciu oczu było raczej ciemne, żeby nie powiedzieć czarne. Zamarłam, gdy trybiki w moim mózgu próbowały ogarnąć wszystkie możliwości zaistniałej sytuacji. Niestety chyba zapomniałam je ostatnio naoliwić, ponieważ zamarły jak ja. Zamknęłam na próbę oczy. Wciąż był tam blask, choć już mniejszy. Zamrugałam parę razy, a światło słabło stopniowo, aż w końcu zniknęło zupełnie, pozostawiając tylko jasne, wędrujące powidoki, których nie mogłam złapać wzrokiem. Odetchnęłam głęboko, zastanawiając się w jakie bagno znowu wpadłam… I dlaczego nie jest to pierwszy raz. Po dogłębnym przemyśleniu sprawy, doszłam do jednoznacznej konkluzji iż… nie mam pojęcia czemu to powiedziałam i co się właśnie stało z moimi myślami. Po raz drugi już zawiesiłam się. Westchnęłam przeciągle. Chyba lepiej teraz o tym nie myśleć, jeszcze coś uszkodzę i pozbędę się ciężaru umysłu na zawsze. Postanawiając więc zachować jeszcze przez jakiś czas swój mózg w stanie względnej zdatności do użytku, spróbowałam się poruszyć. Uczucie oddalenia też powoli przemijało. Stwierdziłam, że podniosę rękę na próbę. Udało mi się, lecz nie było to proste. Moje ciało wydawało się cięższe, jakbym mocno ostatnio oberwała. Co zaskakujące, przyjęłam tą wiadomość z takim spokojem, jakbym właśnie pomyślała, że na niebie pojawiają się czasem chmury, a nie jakbym oznajmiła, że ktoś mi ostro dokopał i nawet nie wiem czemu. No właśnie, nie wiem czemu. Co ja tu właściwie robię? I gdzie jest to TU? Podniosłam w szybkim tempie głowę, co okazało się być katastrofalnie głupim pomysłem. Zamarłam nagle zaciskając powieki i próbując powstrzymać zawroty głowy, którym towarzyszył niemały ból. Z jękiem, powoli położyłam głowę na deskach. Odetchnęłam kilka razy głębiej, pozbywając się nieprzyjemnego uczucia i zastanowiłam się. Próbowałam sobie przypomnieć co się stało, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Może widok tego miejsca coś mi rozjaśni. Z ociąganiem zaczęłam powoli i ostrożnie podnosić się do pozycji siedzącej. Nie było to wcale proste, bo pode mną zdawało się leżeć parę niestabilnych belek. Rozejrzałam się ostrożnie. Znajdowałam się w jakimś ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu, które wyglądało na kompletną ruinę, pode mną zauważyłam stertę połamanych desek. Gdy spojrzałam w górę, zauważyłam dziurę w suficie, co ciekawe jednak, nie widziałam żadnej dziury w dachu nad drugim piętrem. Musiałam po prostu przebić się jakoś przez podłogę wyżej i zemdleć. Może ktoś mną rzucił? To by wytłumaczyło uczucie pobicia, dziurę i to, że zemdlałam. Rudera jest stara, podłoga nie mogła być solidna. Tak, to musi być to. Przyszłam tu, lub ktoś mnie tu zaciągnął, pobiłam się i wywalili mną dziurę w podłodze wyżej. Normalka. Ale nie powinnam przez to zemdleć… Co ja gadam!? Przecież każdy człowiek by przez to zemdlał! W co ja się wmieszałam, że ktoś wywalił mną dziurę w podłodze? Wstałam powoli czując się wreszcie na siłach, by to zrobić. Informacja, że ktoś przebijał mną ostatnio podłogi jest dość otrzeźwiająca wbrew pozorom. Kto mógł mną tak rzucić? Wplątałam się w jakąś aferę z mafią? A może z czymś groźniejszym? Co to mogła być za afera? I dlaczego akurat tutaj? Tyle pytań kłębiło się w mojej głowie, że nie dawałam rady za nimi nadążyć, a żadna odpowiedź nie nadchodziła. Tylko pytania. Przeszłam się po zapuszczonym budynku i natrafiłam w końcu na pierwszy ślad. Ktoś tu był. Widziałam poruszony kurz, czysty kawałek podłogi, kilka szmat i rzeczy rozrzucone po pokoju. Wyglądało to niemal tak… jakby ktoś tu mieszkał. W tym momencie usłyszałam skrzypniecie i pobiegłam w tamtym kierunku. Prześlizgnęłam się szybko i już po chwili byłam w pokoju, który był otwarty na miejsce, z którego dochodził dźwięk. Ustawiłam się odruchowo, gotowa do walki z mafią, policją, ludźmi, nieludźmi i ogólnie wszystkim co tylko ośmieliłoby się mnie zaatakować. Zdziwiłam się moimi odruchami i szybkością, ale najbardziej miażdżącą w tym wszystkim rzeczą było to, co ujrzałam, a raczej to, kogo ujrzałam. Odwrócił się w moją stronę powoli, jak w zwolnionym tempie chłopak mniej więcej w moim wieku z zaciekawioną miną. Wraz z momentem, gdy zobaczyłam jego twarz, białe włosy i duże, lawendowe oczy, w których widziałam coś tak dobrze mi znajomego, pojawił się w moich myślach niechciany obraz tej samej osoby, śmiejącej się do nie najszczerszym śmiechem, jaki słyszałam. Dom nagle przestał istnieć, a wokół niego pojawiły się ciepłe kolory. Wyglądało to jak sen, jak jakiś dziwny, nierealny obraz przyjaciela z dzieciństwa we wspomnieniach małego dziecka. I nagle trafiło mnie to silne wrażenie. Wrażenie, że go znam, albo przynajmniej już go widziałam. Zamarłam w zdziwieniu, szczególnie, że zaraz zapytał:
- Kim jesteś?
Zamrugałam parę razy. Więc mnie nie zna. Jak to możliwe? Przecież ja go znam, albo raczej mam takie wrażenie. Musi mnie znać. Spróbuję mu o tym przypomnieć.
- Jak to kim jestem? Nie wiesz?
Gdybyśmy żyli w kreskówce nad jego głową pojawiłby się wielki, latający znak zapytania, ale że nie żyjemy w kreskówce…
- No proszę cię. Przecież się już spotkaliśmy. Jestem…
Zawiesiłam się wpatrując w pustkę przede mną. To było straszne uczucie, nie wiedziałam.
- Jestem…
Coś zaczęło mi świtać. Szukałam właściwego słowa, lecz ono ciągle uciekało mi, czając się na granicy świadomości.
-…Koeru. – Szepnęłam, a moje źrenice się rozszerzyły pod wpływem chwilowej ekscytacji. Wiedziałam jak mam na imię! Ale chwila… Czemu mnie to tak cieszy?
No i proszę. Doszliśmy wreszcie do tego momentu. Osiągnęliśmy wreszcie ten poziom opowieści, w którym zaczęłam dopuszczać do siebie prawdę.
- Nie znam cię. – Odezwał się nagle chłopak dalej stojący naprzeciwko mnie.
Czułam się tak, jakbym oszalała, a słowa z moich ust wypadały jakby samoistnie, gdy dotarła do mnie prawda.
- Ja też się nie znam. Wiem tylko to. Mam na imię Koeru i widziałam cię już. Tylko tyle…
Wiedziałam, że mogę niechcący przestraszyć chłopaka, a wyglądało na to, że był on jedynym kluczem do czegoś co straciłam. Był moją jedyną poszlaką. Jedyną rzeczą jaką pamiętałam. Musiałam szybko doprowadzić się do porządku. Utrata praktycznie całej pamięci to nic strasznego prawda? Ha, ha ha, ha… No dobra, boję się jak jeszcze nigdy, choć wydaje mi się to idiotyczne, że właśnie ja się boję. Znowu nie mam pojęcia czemu. Ludzie przecież się boją, prawda? To normalne, to ludzkie. Strach. Dobrze, głęboki wdech i miły uśmiech. Nie wiedziałam tylko, że nie będzie go widział i mój uśmiech będzie dla niego wyglądał bardziej jak podejrzliwe spojrzenie. Pomińmy fakt, iż nie wiem jak wyglądam i w co jestem ubrana.
- Słuchaj, źle się wyraziłam. Widziałam cię już i myślałam po prostu, że ty też mnie wtedy widziałeś, ale tak najwyraźniej nie było, przepraszam.
- Nic się nie stało. Co tu robisz?
- Dobre pytanie… Właściwie to nie wiem. Ah! I przepraszam za tę podłogę… Albo za sufit… zależy, gdzie staniesz. Mieszkasz tu?


~Sadic?

sobota, 15 czerwca 2019

Od Sadic'a

Elbion był wymiarem stworzonym z mocy poświęcenia mojej dawnej przodkini, a przynajmniej tak mi opowiadano. Był to niewielki w porównaniu z powierzchnią ziemską, niemal idealny świat, obrzydzający mnie w swojej doskonałości. Harmonijnie dobrane do siebie kolory raziły moje oczy niemal na każdym kroku. Miasteczko, które zamieszkiwała moja rodzina składało się tutaj z równo rozmieszczonych i podobnych względem siebie budynków z drogimi zdobieniami i fikuśnymi, często szklanymi dachami. Mieściły się w nim liczne urozmaicenia w postaci wielkiej biblioteki, kina i innych miejsc rozrywki. Była tutaj również szkoła, a właściwie bardziej miejsce treningowe, gdyż uczniów, którzy mogliby tam uczęszczać było bardzo mało. W końcu wymiar zamieszkiwał tylko mój ród... Tak czy siak to właśnie tam spędzałem jakąś część swojego życia, ucząc się wielu ciekawych rzeczy, głównie od swojego wuja – Anakina, ale czasem też Antares'a i mojej mamy, Rigel. Wydaje mi się, że jedną z ciekawszych rzeczy w Elbion były lasy i tereny „dzikie” – co prawda nawet tam panowała symetria, bo drzewa i rośliny wyrastały tylko w wyznaczonych do tego miejscach, równomiernie od siebie, ale można było spotkać tam również zwierzęta. To właśnie one wydawały się w swej naturze najbardziej podobne do tych na ziemi, wśród wszystkiego co tutaj można było spotkać. Z pewnym wyjątkiem... To była zwierzyna łowna, niezdolna do skrzywdzenia mieszkańców wymiaru, a jedynie istniejąca w kwestii wyżywienia. Tak czy siak, uwielbiałem tutaj na nią polować. Wyobrażałem sobie przy tym, że jestem na Ziemi i to było naprawdę fascynujące przeżycie, ale później się budziłem i wracała świadomość tego, gdzie jestem i że sam nigdy się stąd nie wydostanę, ponieważ świat ten nie ma nawet granic. Możnaby porównać go do kuli, w której idąc prosto przed siebie dojdzie się w końcu w te same miejsca, jednak zdawał się on na nią za mały, gdyż na horyzoncie obraz układał się tak jak na Ziemi, a jednak różnica w powierzchni między nią, a Elbion była ogromna. Mogę więc powiedzieć, że nie da się wyjaśnić czym w ogóle mogło być to miejsce. Nikt również nie starał się tego wyjaśnić, mówiono mi, że to po prostu Elbion, dzieło mojej przodkini, Okami i wymiar ten jest darem, który otrzymał nasz ród, więc nie powinniśmy w to wnikać.
Wieczna symetria i ład w pewnym momencie przestawały być ciekawe, a jedynie stawały się codzienną monotonicznością. Nie miałem już co tutaj robić, ale zawsze, kiedy tylko starałem się uprosić jakiegoś starszego członka rodziny na ciekawą wyprawę w miejsce zwane Ziemią, odmawiali. Każdy z nich twierdził, że świat, z którego uciekliśmy był zły, nieprzewidywalny i niesprawiedliwy w swojej naturalności i gdybym tam trafił, najprawdopodobniej nie zaznałbym tam niczego dobrego. Poza tym Okami stworzyła nasz wymiar, abyśmy mieszkali właśnie tutaj i byli bezpieczni. Za każdym razem powtarzali mi więc to samo, ale ja i tak nie potrafiłem tego zrozumieć. Nie potrafiłem zrozumieć czym jest zło. Oczywiście miałem świadomość, że to zapewne coś podobnego do chwili, w której zrobię coś, za co później karci mnie mama, ale w takim razie nie widziałem w tym całym „złu” niczego strasznego. To da się przetrwać.
Na szczęście nadszedł w końcu taki dzień, w którym to właśnie dziadek Derven powiedział, że jestem już wystarczająco duży i może zabrać mnie na trochę na Ziemię. Nie mogłem wtedy uwierzyć w jego słowa, a z radości miałem ochotę zacząć szaleć. Co prawda nie widywałem tego wysokiego pana, przywdzianego w czarny płaszcz zbyt często w swoim życiu, ale zgodziłem się z nim od razu. Chciałem dostać się na ziemię. Chciałem uciec z Elbion chociaż na chwilę... Jedynym warunkiem postawionym przez dziadka było to, że nie mogę nikomu o tym powiedzieć, nawet mamie, bo inaczej nie będzie mógł mnie tam zabrać. Poza tym, kiedy już znajdę się z nim na Ziemi, nie mogę odpowiadać na wiadomości telepatyczne, ponieważ jeżeli to zrobię, będą mogli mnie zlokalizować i odnaleźć, a tym samym zabrać z powrotem do wymiaru, z którego nie będę mógł się więcej wydostać. Mówił to bardzo poważnym tonem, klęcząc przede mną na jedno kolano, aby choć trochę wyrównać różnicę wzrostu pomiędzy nami. Był naprawdę wysoką osobą, a na twarzy miał parę blizn i zmarszczek. Jego oczy były błękitne, chłodne i miałem wrażenie, że mógłby mnie nimi zamrozić, gdybym odważył się nie uczynić tego, co mi nakazał. No cóż, nic takiego jednak się nie wydarzy, bo miałem zamiar zrobić dokładnie to, co mi polecił. Zero kontaktu. Ani słowa. Nawet na Ziemi.
Wuj zaprowadził mnie w miejsce, którego nigdy wcześniej nie widziałem, chociaż spędziłem w wymiarze mnóstwo czasu i wydawało mi się, że już nic nie może mnie zaskoczyć. Stanęliśmy przed wielkimi, drewnianymi drzwiami, podobnymi do takich świątynnych, ale bez żadnej klamki i do tego jeszcze wspanialszych. Gdy ich dotknął, zaczęły mienić się jasnym, iskrzącym światłem, które w końcu wypełniło całą ich przestrzeń tak, że już nie było widać ich drewnianej struktury, a jedynie gładką, pyłową masę, połyskującą delikatnie różnymi kolorami. Zanim przeszedł, spojrzał z góry na mnie, dając mi do zrozumienia, abym zrobił to pierwszy. Przyjrzałem się obcemu mi zjawisku przede mną jeszcze raz i z dreszczem podekscytowania, przebiegającym mi po plecach, wyciągnąłem dłoń, by nią go dotknąć. Nie poczułem właściwie nic, a moja kończyna zanurzyła się w mieniącej strukturze niemal cała. Po chwili więc, szybkim ruchem wkroczyłem w nią całym sobą, dostając się na drugą stronę przejścia. Znalazłem się na dachu wysokiego budynku, jednego z wielu, czując, jak moje włosy mierzwi delikatny wiatr wiejący wprost w moją stronę. Zrobiłem parę kroków na przód, podchodząc do krawędzi, skąd spojrzałem w dół. Pode mną rozciągały się ulice pełne ludzi i samochodów, innych budynków, z których ani jeden nie miał szklanego dachu, ani perfekcyjnie dobranych kolorów, ani nawet nie był wybudowany wymiarowo względem innych. Panował tu chaos i istniał zgiełk... Wspaniale! Wydałem z siebie odgłos podekscytowania i chciałem zrobić jeszcze jeden krok, by nachylić się bardziej, ale wtedy ktoś złapał mnie na ramię i silnym uściskiem odsunął od krawędzi. Obejrzałem się za siebie, pewny, że zobaczę dziadka Dervena, jednak to nie był on.
– Co tu do cholery robisz, szczeniaku? Chcesz się zabić? – ostry ton tęgiego, brodatego mężczyzny wybrzmiał mi prosto w twarz, a on sam szybko popchnął mnie w stronę zejścia na schody prowadzącego w dół budynku. – Zmiataj stąd! Masz szczęście, że tam byłem. – Wygonił mnie na zewnątrz, prosto na ulicę przepełnioną ludźmi. Nie przejąłem się zbytnio jego słowami. Zacząłem podziwiać widoczny jeszcze lepiej z dołu chaos. Ludzie mijali mnie obojętnie, czasami w pośpiechu popychając, jakby zupełnie nie zauważali, że tu stoję. Zacząłem przemieszczać się wzdłuż długiej ulicy, nie mogąc uwierzyć w to, gdzie jestem. Tu było tak... Fantastycznie! Zacząłem biec przed siebie, rozradowany tym, że wreszcie udało mi się uciec z wymiaru, w którym byłem uwięziony i w którym prawie nie było ludzi. Tu było ich mnóstwo! Na pewno nie będę samotny aż do powrotu! Hej... Chyba, że... Nie wrócę! Wtedy nie będę samotny już nigdy!
Biegłem tak, śmiejąc się sam do siebie, podekscytowany tym wszystkim, co mnie otacza, kiedy moją uwagę przykuło samotnie stojące pod lichym zadaszeniem stoisko z owocami, za którym stał niski, ale gruby mężczyzna. Zbliżyłem się powoli. Jedzenie wyglądało tutaj jak na Elbion... Chwyciłem w rękę jedno z wielu jabłek i je ugryzłem, by spróbować, czy smakuje równie podobnie jak wygląda.
– Hej! Najpierw się płaci, dawaj forsę! – siedzący za stoiskiem mężczyzna momentalnie się zerwał.
– Co? – zapytałem nie rozumiejąc o co mu chodzi. Nie można tak po prostu wziąść sobie jedzenia? Czym jest forsa? A może... No tak! Zapomniałem poprosić, gdzie moje maniery! – Przepraszam, powinienem najpierw poprosić, już będę pamiętał. – spuściłem skruszony wzrok w ziemię.
– Żartujesz sobie, dzieciaku?! – mężczyzna zdawał się niewzruszony, a nawet wydawało mi się, że jeszcze bardziej się zdenerwował. Co zrobiłem nie tak? Na Ziemi mają inne zwyczaje niż na Elbion? – Oddawaj to! – ruszył w moją stronę, wyciągając rękę po jabłko, które trzymałem.
– Nie! – zawołałem od razu. Byłem głodny, dlaczego on chciał mi zabrać jedzenie? Mężczyzna zacisnął pięści, gotów wyrwać mi owoc z rąk, jednak zanim to zrobił, zerwałem się szybko do biegu i zacząłem mu uciekać. Nie oddam mu tego! Zaczął mnie gonić, krzycząc, że jestem złodziejem, ale na szczęście udało mi się go zgubić za pierwszym lepszym zakrętem. No, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo w przeciwieństwie do mnie, chyba lepiej znał rozmieszczenie ulic. Już po chwili znalazł się na drugim końcu przejścia, tuż przede mną. Zwinnie zawróciłem, rzucając się do biegu. Nie zamierzałem się poddać, nie miał prawa zabierać mi jedzenia! Szarżowałem przed siebie, wbiegając na szeroką ulicę. Mężczyzna już po chwili biegł za mną, chociaż przez jego otyłą posturę, szło mu to nieco wolniej. Skręciłem jeszcze parę razy, zanim w oczy rzucił mi się stary, drewniany budynek, wyglądający raczej na taki, którym nikt by się nie interesował. Bez zbędnego myślenia od razu przecisnąłem się przez uszkodzoną siatkę ogrodzenia i wskoczyłem do środka budynku przez szparę w jednym z boków. Wyjżałem na zewnątrz przez wybite okno dopiero po chwili, widząc jak ścigający mnie mężczyzna rozgląda się za mną i w końcu rezygnuje z pościgu, z groźnym warknięciem wracając w swoją stronę. Odetchnąłem i zacząłem się śmiać. Ale to było super! Na Elbion nigdy bym czegoś takiego nie przeżył!

***

Kolejne dni na Ziemi spędziłem podobnie, zdobywając jedzenie poprzez gonitwy z innymi. Zwiedzałem również miasto, którego końca nie mogłem znaleźć, ponieważ w przeciwieństwie do Elbion, musiało być dłuższe niż cały wymiar. Zawsze powracałem jednak do starego, drewnianego domu, w którym mogłem się schronić i w którym spędzałem noce. Oczywiście zarówno mama jak i inni z Elbion próbowali się ze mną kontaktować, praktycznie cały czas. Ja jednak im nie odpowiadałem, tak jak obiecałem dziadkowi Dervenowi. Nie chciałem wracać do wymiaru. Był mały i nudny, a tutaj mogłem jeszcze tyle zobaczyć! Wszystko na Ziemi było jakieś inne niż tam, o wiele ciekawsze i piękniejsze w swej chaotyczności. Poza tym, gdybym powrócił do wymiaru, mógłbym już nigdy nie wrócić na Ziemię.

***

Dzisiejszego wieczora dzień minął mi podobnie. Powoli już się ściemniało, a mężczyzna ze stoiska już powoli chował swoje produkty. Wkroczyłem więc szybko do akcji, łapiąc parę owoców w ręce i szybko uciekając.
– Znowu ten łotr! Niech no ja cię tylko dorwę! – krzyknął za mną, jednak tym razem już nie miał szans mnie złapać. Uciekałem już dobrze mi poznaną przez kilka dni drogą, prosto do starego domu. Zgubiłem go już na początku, tak więc do schronienia wróciłem rozbawiony i dumny z siebie jednocześnie. Wślizgnąłem się przez szczelinę z boku i znalazłem się w środku, w małym przedsionku. Od razu jednak ucichłem, kiedy w oczy rzuciła mi się postać obcej dziewczyny, stojącej w pomieszczeniu naprzeciwko, wpatrującej się we mnie ze zdziwieniem na twarzy. Miała białe włosy, tak jak ja, wyglądała na zwyczajną Ziemiankę, jednak coś wyróżniało ją od tych ludzi, których widywałem na ulicach. Nie byłem do końca pewny co...
– Kim jesteś? – zapytałem ciekawsko, przekrzywiając głowę na bok.

Koeru?

czwartek, 13 czerwca 2019

Koeru Bóstwo Wieczności

„Bogowie widzą jak Czas ucieka, jak Śmierć się zbliża, jako Wieczność nie czekam. Świat się zmieni.” 
MonkeyLaughGaming
Godność ~ Koeru, nie pytaj, po prostu wiem, że tak jest. (Przekraczająca)
Pochodzenie ~ A to w sumie interesujące zagadnienie, które od wieków męczy wszystkich znanych i nie znanych filozofów. Pytanie czysto akademickiego sortu, które odpowiedzi nie ma, choć jej wymaga. Odpowiem wam więc w taki sposób: istniała bo wszystko istnieje, a jej istnienie argumentuje istnienie istnienia, gdy jej nie było, nic nie istniało, więc zrodziła się ze wszystkim, choć dopiero po wszystkim i przed wszystkim, bo zanim się zrodziła, nie istniało coś takiego jak porządek rzeczy, przed, po czy teraz. Można więc powiedzieć, że pochodzi ze wszystkiego, lecz jest spoza niego.
Płeć ~ Jest bytem kobiecym.
Wiek ~ Czas jest abstrakcją, mam 16 lat i kropka.
Rasa ~ Możesz powiedzieć, iż jest to Bóstwo, lecz kłamałbyś. Możesz powiedzieć, że będzie to Bogini, lecz możliwe, że kłamałbyś. Możesz powiedzieć, iż jest to człowiek, lecz kłamałbyś. W rzeczywistości jest to byt. Byt zrodzony z Boga, zesłany przez siebie na Ziemię i uwikłany w tak dziwny związek z rzeczywistością, że właściwie sama się zastanawia, czy to, że istnieje w ogóle jest rzeczywiste. Ale to tylko jej punkt widzenia. Ktoś jej kiedyś powiedział: „Nie kombinuj, jesteś Bóstwem, a będziesz Boginią, czy tego chcesz czy nie.” ale czy to od razu oznacza, że nie wolno jej się zastanawiać? Tam na pewno nim była, ale czy w tym położeniu także można ją określić tym mianem?
Pokrewieństwo ~ Szóste dziecko Czasu. Jego trzecia córka. Najmłodsza z Jego dzieci. Matką jej była Nadzieja. Niech was jednak nie zmyli to piękne imię. Nadzieja była zrodzonym ze smoka demonem. Nie do końca wiem, czy była ostatecznie dobra, czy zła… Koeru ma jeszcze piątkę rodzeństwa. Tuż przed nią jest rodzeństwo Agon i Afiria, Bóstwa Przyszłości i Przyszłości, zrodzone z Bogini Przestrzeni, z którą Czas był najdłużej. Afiria jest młodsza od swego brata, lecz i tak dzieli ją z Koeru dość spora różnica wieku. Agon ma syna, który stał się Bogiem Historii. Jego jaźń została rozszczepiona na wszystkie możliwe wersje wydarzeń i egzystuje on w każdym wymiarze, jaki tylko mógłby powstać, powstał lub powstanie. Można by wręcz powiedzieć, że jest tam więźniem. Przed Agonem i Afirią są jeszcze bliźniaki Din i Fin. Din jest Bóstwem Teraźniejszości, a Fin Bóstwem Końca. Jest to dość zakręcone rodzeństwo, a ich matką jest Bogini Uczuć. Najstarszą z rodzeństwa jest Sunado, Bóstwo Upływu, lecz o niej się nie mówi.
Status ~ Ledwo trafiła na Ziemię, a wy już konkretnych statusów od niej oczekujecie… No dobrze, tam gdzie się wychowała i żyła do tej pory też nikogo nie ma. Może jest po prostu beznadziejnym przypadkiem…
Charakter ~ Jest osobą, która kocha się śmiać, ale obowiązki traktuje z wielką powagą. Wie o swoim znaczeniu na świecie, lub wiedziała, gdy jeszcze miała pamięć i akceptuje to, choć niechętnie. Jej charakter jest dość spokojny, choć są momenty iż staje się wybuchowa. Cieszy się z każdego deszczu i kocha po nich chodzić, szczególnie letnich mżawkach. Jej ulubioną zabawą jest pojawianie się w wymiarach, które potrzebują pomocy razem z burzą w blasku błyskawic i huku gromów. Ma w sobie coś z demona po matce, nie przeczy. Wręcz krzyczy, że tak jest. Zwinnie posługuje się swym ciętym językiem i doskonale łączy fakty. Jest spostrzegawcza i czujna. Ma dobrą pamięć, choć nie aż tak jak jej brat Agon oraz jego syn. Ponurość ją irytuje, więc nie lubią się za bardzo z Finem, ale nadmierna ekscytacja obecną chwilą też ma swoje granice i niech o tym ktoś powie Dinowi. Potrafi zbić kogoś z tropu i chętnie to wykorzystuje, jeśli ma okazję i jest w nastroju. Po utracie pamięci większość tych cech jej została, a powoli odzyskuje resztę. Może ubyło jej trochę pewności siebie, której miała od groma i nie jest aż tak spięta jak kiedyś, gdy jeszcze wiedziała, że każdy jej ruch jest obserwowany. Teraz to przeciętna nastolatka, z problemami i życiem. W sytuacjach stresowych postępuje tak jak zawsze, czyli analizuje sytuacje i próbuje wybrnąć z niej najlepszym sposobem, a rozumie przez to jak najmniej ofiar czegokolwiek i jak najlepszy efekt końcowy. Nigdy w życiu nie panikuje. Raczej nie płacze, chyba że ze śmiechu lub gniewu. Twierdzi, że wszystko, za co mogłaby płakać ze smutku i wszyscy za których mogłaby tak płakać chcieliby, by była silniejsza i nie smuciła się, więc spełnia ich życzenia. Ogólnie wierzy w swoją siłę, zarówno fizyczną, jak i psychiczną i to, że dzięki niej poradzi sobie ze wszystkim co tylko zgotuje jej los. Nie zrozumcie mnie źle, kocha się bawić i szaleć, ale jak jesteś inwigilowanym Bóstwem pracującym 24 na dobę to trochę ciężko wyluzować. Może teraz będzie mieć szansę. Jest nieposłuszna, woli sama wydawać rozkazy niż lizać komuś pięty. Ma ciało i wygląd wojownika, serce anioła, rozum analityka i duszę marzyciela. Jednym słowem rozrywkowa z niej dziewczyna. Poza tym jest jeszcze sprawa postrzegania przez nią świata. Otóż według Koeru czas nie jest linią ciągłą, a już prędzej czymś w rodzaju węzła gordyjskiego, w którym splecione są nici czasu, przestrzeni i czasoprzestrzeni. Każda zmiana w czasie jest jak supeł w węźle, a jej zdaniem jest rozwiązywanie takich zbędnych zawikłań. Ponadto gdy skakanie po prostej linii czasu zajmuje tym więcej wysiłku im dalej chcesz się przenieść, dla Koeru jest to bardziej jak skakanie z jednej nitki na drugą, lub skręcanie w miejscach ich skrzyżowania. Zajmuje jej to mniej energii, lecz musi znajdować się w odpowiednich miejscach, do nich także są takie drogi, więc zazwyczaj idzie na logikę swego ojca okrężną trasą. Dodatkowo będąc w określonym miejscu zdaje sobie sprawę iż nie należy do obecnego tam czasu równocześnie do niego należąc. Może to być skomplikowane, ale dla niej wydaje się to tak oczywiste, jak informacja, że trzeba jeść by żyć. Najzabawniejsze jest jednak postrzeganie przez nią rzeczywistości. Według niej rzeczywistość może określać nie tylko chwilę obecną, ale także przeszłą, przyszłą i nieistniejącą, która jest, była, będzie lub mogłaby być w danym momencie prawdą lub oddziaływać na realny świat. W prostych słowach wszystko co możesz sobie wyobrazić według niej jest prawdą, ale nie koniecznie musi istnieć tutaj. Oznacza to mniej więcej, iż w każdym momencie może ona po prostu zmienić rzeczywistość lub to co potocznie nią nazywamy i automatycznie przejść do innej rzeczywistości, lub jak kto woli wymiaru, który odpowiada jej wyobrażeniu prawdy. I choć jest to skomplikowane na tyle, by nikt nie wiedział do końca co robi, jest to dla niej proste niczym oddychanie. Ona po prostu nie widzi świata jak normalne osoby, lecz jako złożony ciąg wypadków, które w losowy sposób toczą się i zamieniają, więc czy to, że w różnych światach losy takie są różne i można wybierać spośród nich te najbardziej odpowiednie aż tak was dziwi?
Zdolności Magiczne 
- Cóż, potrafi przenikać przez czas do jakiegokolwiek momentu, jaki tylko sobie wymarzy i nie istotne jest, czy taki moment istniał czy nie. To skomplikowana i delikatna kwestia mentalności i powiedzmy ułomności psychicznej, którą można doskonale zauważyć w postrzeganiu Koeru, więc nie zamierzam się tu rozwodzić. Zrozumiecie kiedyś.
- Wie, kiedy ktoś robi cokolwiek z naturalnym biegiem czasu i potrafi regulować anomalie czasowe. Od tego właśnie była zanim… Zanim wszystkie te sprawy nagle się na nią zwaliły.
- Potrafi zaginać czasoprzestrzeń. Znów kwestia ułomności w postrzeganiu.
- W niewielkim stopniu widzi poprzez czas. Stąd właśnie jej imię, które oznacza mniej więcej „Przekraczająca”. Widzi anomalię, przekracza czas idąc do anomalii, naprawia anomalię.
- Nie jest na tyle potężna, by zatrzymać Czasu samego w sobie, ale nie oznacza to, iż nie może manipulować otaczającym ją czasem. Potrafi sprawić, iż czas dla niej nie istnieje, lub może bardziej poprawnie, ona nie istnieje dla czasu. Nie działa to na innych i jest dość ryzykowne, ale ma to kilka ciekawych efektów i zastosowań. Są jednak skutki uboczne i następna moc jest jednym z nich.
- Następstwem po jej pierwszym nieistnieniu w czasie jest zaprzestanie rozwoju. Jej ciało przestało się rozwijać i została skazana na wieczne życie w tym momencie. Jej ciało po prostu się nie starzeje, a rany goją się w tempie ich powstawania. Może niektórzy uznaliby to za dar, ale w jej sytuacji jest to przekleństwo. Tylko starość mogła uchronić ją bowiem od pewnego ciężaru, który jest wręcz nie do zniesienia. Starość lub śmierć, a gdy nie ma obu tych rzeczy, nie jeden, a dwójka bogów jest nią nadmiernie zainteresowana.
- Jej moc odrobinę zahacza o panowanie nad wymiarami, ponieważ przez odmienne postrzeganie czasu od całej swojej rodziny, ma moce, których nikt do końca nie rozumie. Dobrym przykładem tego są jej skrzydła. Pewnie znacie to wyrażenie, że „Czas leci” właściwie jest ono dość nieprecyzyjne, bo to jego córka lata, a nie on. Otóż posiada ona tatuaż pokrywający całe jej plecy, który przedstawia złożone skrzydła. Potrafi ona dosłownie zdjąć go z pleców i urzeczywistnić go w przestrzeni jako faktyczne skrzydła i dzięki nim latać. Tłumaczy to zbieżnością punktową równomiarowych adaptacji postaci nierzeczywistej przedstawiającej alternatywne wersje surrealne… Czy jakoś tak to szło. Na czarnym atramencie pojawiają się wtedy błękitne inkantacje i zdobienia, a sam atrament jest podobny do obsydianowego metalu.
- Przedmioty niepochodzące z danej rzeczywistości czasowej lub nawet momentu rzeczywistości wydają jej się dziwne i jakby zniekształcają w jej mniemaniu przestrzeń wokół siebie tworząc bańkę zagiętej rzeczywistości względnej. Im bardziej niepasujący obiekt, tym bańka jest większa.
Zdolności ~ Ogólnie uczono ją wielu rzeczy. W końcu była Boginią. Potrafi niesamowicie walczyć, jest gibka i zwinna. Jej ukochanym zajęciem jest parkour, choć dobrym sparingiem nie pogardzi. Nienawidziła nudnych wykładów o polityce i grach między Bogami i Bóstwami. Etykieta ją nużyła, ponieważ wszystko było naturalne, lecz kazano jej się tego uczyć mimo wszystko. Denerwowało ją ciągłe powtarzanie jakim Bóstwem ma być i co robić. Zna ponad 6 języków i 50 ich dialektów, choć nie wie po co jej niektóre z nich, przecież istnieje język wspólny. Uwielbia zagadki i gry, a spostrzegawczość i cięty język to jej druga natura. Może nie jest wybitna w intrygach i knowaniach, ale nadrabia to umiejętnością dostosowania się lub otoczenia do określonych potrzeb. Jak przyjdzie co do czego umie skopać tyłki większym od siebie. Znajduje rozwiązania inne niż wszyscy i jest odpowiedzialna oraz dokładna.
Aparycja ~ Jest to smukła dziewczyna, dość przeciętnego wzrostu oraz o zwykłej, choć dość ładnej, bardzo wysportowanej figurze i gdyby nie kilka „drobnych” detali, mógłbyś nie zwrócić na nią uwagi. Pierwszym, co zwraca na nią spojrzenie są włosy. Dlaczego? No, po pierwsze to chyba przez to, że są białe jak śnieg. Proste, gęste i dość długie, zaczesane w wysoki kucyk z wyjętymi dwoma pasemkami, które opadają spokojnie na skronie i kończą się tuż przed dekoltem. Możliwe że niebieski poblask widoczny nocami też dokłada swoje trzy grosze. Prawą brew ma przeciętą w dwóch miejscach, tuż obok siebie, niewidoczną już blizną, którą otrzymała w dzieciństwie. Ten fragment nigdy jej nie odrósł, ale przyzwyczaiła się i nawet polubiła te dwie linie. Uważa skromnie, że dodają jej odrobiny drapieżności i zapewniają jej wyglądowi lekki posmak niebezpieczeństwa. Największą jednak publikę zbiera dzięki oczom. Jasno szare tęczówki odbijają każde, nawet najdrobniejsze światło pochodzące z otoczenia, przez co przechodzi przez nie cała gama kolorów. Najczęściej jednak jest to srebrny blask księżyca, lub złoty blask słońca. Przynajmniej w miejscu, w którym się wychowywała tak było. Tu, na Ziemi, w miastach pełnych blasku i świateł zmieniają się naprawdę co minuta i nikt jak dotąd nie odgadł, jakiego koloru są naprawdę. Gdy przybyła na Ziemię jej twarz zakrywała maska. Przywykła do niej i zawsze, gdy jest na zewnątrz nosi ją. Nie wie dlaczego, ale wydaje jej się to słuszne. Na plecach ma piękny tatuaż przedstawiający skrzydła. Przypominają one trochę wymyślne opowieści ludzi o metalowych piórach i maszynach, które mają być przyszłością. Ona jednak bardziej lubi określenie stylu tego rysunku jako runiczny. Tatuaż ten pokrywa dokładnie całe jej plecy oplatając je i kończy się na kościach biodrowych z przodu tułowia. Końce ostatnich piór są oddzielone od siebie o jakieś 15cm. Jej styl ubierania się jest dość luźny. Jej kryteriami oceny ubrania są wygoda i użyteczność. Nie przeszkadza jej brak typowej elegancji tak widocznej u innych Bóstw. Wręcz przeciwnie, uwielbia być inna od nich. Nie rozstaje się ze swoją kataną i swoim tanto, mimo że ludzie dziwnie na nią spoglądają, gdy idzie ulicą. Dopóki oni nie robią jej problemów, ona nie zamierza robić problemów im. Nie wiadomo przecież kiedy broń się przyda. Buty nosi raczej za kostkę. Muszą być solidne i wygodne, najlepiej ciężkie. Ah i jakbym śmiała zapomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Otóż tak jak miecze, nieodłącznym elementem tej dziewczyny są jej rękawiczki. Bez nich to nie byłoby to samo.
Biografia ~ Od czego zaczyna się opis Wieczności? Otóż prawdopodobnie wypadałoby opisać jej powstanie, ale tego nikt nie rozumie. Była zanim przybyła, nazwana zanim się urodziła. Obecna od początku, istniejąca na końcu. Nie można do końca powiedzieć, że jej narodziny są jej początkiem, ponieważ Wieczność jest wieczna. Specjalnie dla was podejdę do tego jednak w sposób prosty i uznam, iż narodziny będą początkiem tej opowieści. Zrodziła się z Czasu i Nadziei. Czas jest starym Bóstwem, liczącym sobie początki wszechrzeczy. Nadzieja nie jest pierwotną nadzieją ludzi. Ona objęła ten tytuł, po śmierci swej poprzedniczki. Dość intrygująca historia, lecz skupimy się na Koeru. Urodzona została jako Bóstwo Wieczności, wiec od zawsze ciążyły na niej duże oczekiwania. Uczono ją najróżniejszych nauk i zmuszano do rozumienia rzeczy, na które była za mała. Od zawsze wyróżniała się ona z tłumu Bogów i Bóstw. Nie tylko ubiorem, który swoją drogą uważano za karygodny, ale także zachowaniem, charakterem i sposobem myślenia. Każdy jej czyn był oceniany i potępiany przez innych Bogów i Bóstwa. Właśnie dlatego buntowała się mocniej. Uczyła się władania bronią i sposobów walk, wymykała się, ogólnie sprzeciwiała się wszystkiemu i wszystkim. Widząc jej niespokojną naturę oraz pociąg do rzeczy niebezpiecznych i dziwnych została przydzielona do najtrudniejszego, najgorszego z możliwych zdań. Wszyscy wiedzieli, że tego właśnie całe życie chciała i postanowili zgodzić się na ten szalony plan, byle tylko zaczęła się zachowywać jak na Bóstwo przystało. Zaczęła polować na demony i zmiany czasoprzestrzenne. Byli tacy, co twierdzili, że nie nadaje się do tego, że jest za bardzo nieodpowiedzialna i roztrzepana. Robiono zakłady po ilu dniach przekona się, że to nie dla niej i wróci z podkulonym ogonem na panteon. Wszyscy polegli. Koeru z zacięciem brnęła do przodu w swoich zadaniach i wykonywała każdy jeden obowiązek z taką dokładnością, precyzją i wyrafinowaniem, iż Bogowie zazdrościli jej umiejętności. Zachowała więc swoje stanowisko i została Tą, Która Chroni. Zgodnie ze swoim imieniem przekraczała granice czasu i przestrzeni i broni oraz naprawiała wszystkie wymiary. Dbała o ich koegzystencję i wzajemną nieingerencję. Dzięki tej pracy odkryła, iż bariery czasu nie są dla niej przeszkodą. Zauważyła, że może być wszędzie, kiedykolwiek i gdziekolwiek zechce. To nasunęło jej pierwsze myśli o nie przynależności do Czasu. W miarę jak dorastała umacniała się w tym przekonaniu. Odkrywała brudne sekrety swego ojca i rodzeństwa. Niektóre z nich potworne, a inne jeszcze gorsze. Dwa wywarły na niej największe wrażenie. To właśnie przez tak zwaną tajemnice Sunado oraz tajemnicę współpracy, Koeru postanowiła ostatecznie, że ucieknie spod władzy swego ojca i zostanie osobnym Bogiem. Jednak jej ojciec miał inne plany co do niej. Widząc zmiany, jakie zaszły w jej charakterze, jak z niesfornego dziecka wyrosła na odpowiedzialną dziewczynę, oraz jaką moc posiadła, Czas postanowił mianować ją swoim Następcą. W wielkim skrócie wywiązała się między nimi niezgoda. Koeru zaczęła coraz częściej wyciągać tajemnicę Sunado, a Czas sprawę Następczyni i posłuszeństwa. Jednak nic się nie działo, a życie toczyło się dalej. Koeru nie przestawała knuć za plecami ojca swojego Wywyższenia i rozwijała swoje umiejętności i moce. Pewnej nocy po ciężkim treningu ujrzała coś we śnie. Pojęła, że jest to jej umiejętność patrzenia przez czas i zapamiętała scenę. Na początku snu widziała twarz uśmiechniętego, białowłosego chłopaka, który śmiał się. Czuła, że odwzajemnia jego radość i cieszyła się tym. Wszystko wokół było tak żywe, tak kolorowe. Świat wydawał się piękny. I wtedy coś się stało. Chłopak przestał się śmiać. Widziała na jego twarzy zdziwienie pomieszane ze strachem. Nie wiedziała o co chodzi. On zaczął uciekać i pociągnął ją za sobą. Czuła, że ktoś ich goni, ale nie mogła powiedzieć kto. Próbowała pytać, lecz jej głos nie istniał w tym śnie. Wszystko zszarzało. Odwróciła głowę, by obejrzeć się na to, co tak przestraszyło nieznajomego i potknęła się. Upadła na ziemię, a gdy podniosła głowę, zauważyła chłopaka kawałek dalej. Siedział przodem do niej i zdawał się próbować przed czymś bronić. Na jego twarzy widziała bezkresne przerażenie. Jego usta zamarły w niemym krzyku, który nigdy nie opuścił jego ust, a ta postać, która ich goniła zbliżyła się do niego. A wtedy chłopak umarł. Po obudzeniu zaintrygowana wizją pobiegła do ojca po zezwolenie na ratowanie nieznajomego, ponieważ wiedziała, iż musi być w nim coś niezwykłego, skoro przyśnił jej się w taki sposób. Czas jednak zabronił jej tego. Wywiązała się między nimi zażarta kłótnia, w której wyszły wszystkie ich wcześniejsze zwady i niewypowiedziane pretensje. W wyniku wybuchu tych emocji Koeru postanowiła nie mówiąc ojcu samej ratować chłopaka. Jednak Czas przewidział taki obrót spraw i zastawił barierę, której jego córka miała nie przekroczyć. Mimo jego wielkich starań Koeru dopięła swego i zeszła ostatecznie na Ziemię, pokonując przeszkodę i lądując w pobliżu celu. Jednak zapłaciła za to cenę. Wszystkie jej wspomnienia stały się zatarte i niewyraźne. Pamięta  tylko poszczególne rzeczy z poprzedniego życia jako Bóstwo. Dodatkowo przybyła za wcześnie i teraz została uwięziona na Ziemi bez wspomnień, drogi powrotnej i z jedynym niewyraźnym celem, którym jest obraz śmiejącego się chłopaka ze snu. Jej ojciec rwie siwe włosy z głowy, a ona próbuje odnaleźć się w mieście pełnym zwykłych ludzi. Co może z tego wyniknąć?
Ciekawostki
- „Bóstwa Czasu nigdy się nie starzeją, nigdy nie umierają, nigdy nie przemijają.” Takie jest powiedzenie w jej rodzie, choć tylko ona ze swojej rodziny się nie starzeje.
- Specjalnie dla matki nauczyła się języka demonów, choć przydał jej się on w znacznie większym stopniu dopiero później, gdy zeszła na jeden z cieni Ziemi.
- W niektórych wymiarach, w takich, gdzie ewolucja nastąpiła inaczej niż na Ziemi i pojawiły się smoki, siejące chaos i zniszczenie Koeru jest nazywana legendarną Zabójczynią Smoków. Uznaje się ją tam za bohaterkę lub Bóstwo, a czasem nawet Boginię, Protektorkę, która chroni ludzi i inne istoty przed piekielnym gniewem jej wrogów, zsyłanym na nich w akcie zemsty lub chęci sprawienia jej bólu. Koeru nie wyprowadza ich z błędu. Podoba jej się taka rola, a tytuł tak przypadł jej do gustu, że do dziś jej maskę zdobi wizerunek pyska smoka. Zachowany jest jednak w postaci, którą łatwo można pomylić z pyskiem demona. Zabieg ten jest zrobiony specjalnie, aby podobne istoty, z porównywalną rzeczywistością, nękane przez demony mogły mieć taką samą sytuację jak ci nękani przez smoki.
- Tak jak inni nie potrafią zrozumieć jej toku myślenia, tak ona nie potrafi zrozumieć ich toku myślenia.
- Podczas gdy używa dowolnej ze swych mocy na jej twarzy pojawiają się lśniące srebrnym złotem piegi, a tęczówki zmieniają się w biały, lśniący kryształ.
(zdjęcie wykonane podczas jednego z treningów jeszcze jako Bóstwo)
[autor: Ms. M]
- No, a tak poza tym, to kocha alternatywnego rocka.

Sadic

„Tylko w ciemności można zobaczyć gwiazdy” 
5000sanii@gmail.com
Godność ~ Sadic Woods, imię nadał mu ojciec, psychopata i seryjny morderca, który go nie chciał. Sadic miało kojarzyć się z sadystą, ponieważ to z takim charakterem młody syn miał utożsamiać się w przyszłości, lub po prostu z sadystycznością, jaką darzył go rodziciel, kiedy bawił się nim jak zabawką.
Pochodzenie ~ Urodził się na ziemi, jednak wychował w innym wymiarze, zwanym Elbion, razem z matką, która uciekła z nim od ojca. Tam oboje byli bezpieczni i nie groziło im żadne zło.
Płeć ~ Mężczyzna
Wiek ~ 17 lat
Rasa ~ Człowiek, wilk, dla niektórych wilkołak. Po prostu jest człowiekiem, który potrafi przeistaczać się w wilka.
Pokrewieństwo ~
Matka – Rigel Lavrence, piękna kobieta o błękitno-różowych, charakterystycznych włosach i delikatnej urodzie.
Ojciec – Jeffrey Woods, oszpecony bliznami, seryjny morderca o bladej cerze, czarnych włosach i wyciętym, krwawym uśmiechu.
Status ~ Wolny, jest jeszcze młody więc nie szuka miłości
Charakter ~ Sadic od maleńkości wychowywał się w wymiarze bezpieczeństwa i dobroci, stworzonym przez swoją daleką przodkinię, dlatego nie zdążył poznać zła i mroku prawdziwego świata. Jest przez to bardzo naiwny i ufny względem obcych, nawet tych, którzy niekoniecznie mogą mieć co do niego dobre intencje. Niestety on sam też często nie potrafi zauważać swoich złych czynów, które popełnia nieświadomie, mając problem z rozróżnieniem dobra od zła. Jest rozrabiakiem, to pewne, ale w głębi siebie to dobry chłopak, lubiący nowe znajomości i przygody. Niestety zabawę stawia zawsze na pierwszym miejscu, zupełnie jak dziecko, przez co często może wplątywać się w kłopoty, będąc tutaj, na ziemi.
Zdolności Magiczne ~
– Telekineza – Sadic potrafi poruszać drobnymi przedmiotami bez dotykania ich, na odległość. Nie mogą one jednak być zbyt ciężkie i wielkie, ponieważ nie opanował tej mocy jeszcze w takim stopniu.
– Telepatia – Polega na umiejętności porozumiewania się z dowolną inną osobą, mogącą znajdować się nawet bardzo daleko poprzez myśli. Moc ta pozwala również na lokalizację rozmówcy, co działa w dwie strony, to znaczy że również ktoś inny może dzięki temu poznać jego miejsce pobytu.
Zdolności ~ Możnaby żec, że Sadic to przeciętny nastolatek, który niezbyt lubi przestrzegać zasad. Przez swoją drobną posturę nie został obdarzony zbytnio siłą, jednak nadrabia to umysłem i swoimi pomysłami, których potrafi mieć naprawdę wiele w jednej chwili. Jest również szybki i zwinny, przy czym ma całkiem niezłą kondycję.
Aparycja ~ Zacznijmy od tego, że Sadic nie jest zbyt wysoki. Odziedziczył wzrost głównie po rodzicach, którzy zresztą też nie należeli do najwyższych. Mierzy więc 164 cm, przy czym posiada szczupłą, wręcz chudą posturę z minimalnie zarysowanymi mięśniami na jasnej skórze. Włosy chłopaka sięgają do ramion i są śnieżno-białe, przez co troszeczkę może przypominać dziewczynę. Największą jednak uwagę w całości jego osoby zwracają na siebie duże oczy chłopaka, z tęczówkami w kolorze jasnej lawendy, purpury.
Biografia ~Aby można było zrozumieć skąd Sadic wziął się w miejscu, w którym znajduje się aktualnie, warto przybliżyć historię powstania całego jego rodu, od momentu, w którym narodziła się pierwsza potomkini samego Boga Śmierci, Okami. Wychowywała się ona na ziemi i tam też osiągnęła dorosłość. Otrzymała w spadku po ojcu ogromną moc, której nie mogły równać się nawet zdolności jej rodzeństwa. Miała ona jednak stać się następczynią swego ojca, jednak przez to, że była dobra i nie potrafiła zadawać innym śmierci, sprzeciwiła się. Śmierć szantażował ją wiele razy, zanim zdecydował się podjąć najpoważniejszą decyzję – decyzję o zamordowaniu całego rodu swoich potomków. Okami nie mogła patrzeć na cierpienia zadawane swoim bliskim, dlatego poświęciła się dla ich dobra, swoją śmiercią tworząc nowy wymiar, Elbion, do którego Śmierć nie miał już dostępu i w którym skryli się wszyscy jego potomkowie. Żyli przez wieki w świecie bezpieczeństwa i dobroci, podobnie jak matka Sadica, Rigel. Kobieta, którą dzieliło od Okami raptem kilka pokoleń, z tą jednak różnicą, że ona wkroczyła do wymiaru o wiele później. Dlaczego? Otóż zakochała się... Zakochała się w seryjnym mordercy, Jeffrey'u. To była intensywna, żywa, ale niebezpieczna i psychopatyczna miłość oparta na wspólnym zabijaniu. W pewnym momencie coś się jednak zmieniło, bo Rigel zaszła w ciążę. Urodziła syna, którego Jeff nie chciał już od samego początku. Dzieciak zniszczył to, co ich łączyło. Był dla niego przeszkodą, więc ten postanowił go zabić. Rigel jednak w tamtej właśnie chwili zabrała dziecko i uciekła do wymiaru stworzonego przez Okami, aby je ocalić.
To właśnie tam go wychowała. Bez zła i smutków, których doświadczyłby na ziemi. Żył wśród nich jednak pewien zdrajca, dziadek Sadica i syn stworzycielki Elbion, który chcąc, aby to właśnie jego Śmierć wybrał na swojego następcę, miał w zamiarze ściągnąć na ziemię cały ród, tak, aby ten mógł ich wszystkich zabić. To właśnie on sprowadził niczego nie świadomego Sadica na ziemię, który jednak był takim urwisem, że uciekł mu, zafascynowany nowym światem, który chciał zwiedzić. Właściwie Derven nie przejął się tym wtedy zbytnio. Wiedział, że matka chłopaka i tak opuści wymiar, by go odnaleźć, a za nią być może podążą inni. Sprawy jednak się pokomplikowały, bo o przybyciu chłopca na ziemię dowiedział się również jego ojciec, który zapragnął go odszukać. 
Ciekawostki ~
– Przez to że Sadic żył w innym wymiarze, nie zna większości przedmiotów i istot Ziemskich.
Inne zdjęcia ~


 Jako wilk ~