Pierwsze co pamiętam to biel. Biel tak oślepiająco czysta i jasna, iż
wręcz raziła w oczy. Próbowałam zamknąć oczy, by się przed nią osłonić, lecz
zorientowałam się, iż od początku mam je zamknięte. Zmarszczyłam czoło i
ścisnęłam powieki najmocniej jak umiałam. Czułam każdy ruch mojego ciała, każde
przemieszczenie mięśnia i napięcie skóry. Miałam dziwaczne wrażenie odległości
od siebie, jakbym była gdzieś z tyłu mojego umysłu i patrzyła na swoje ciało,
które porusza się na czyjąś komendę, lecz tym kimś byłam ja. Nie wiem jak
inaczej określić to uczucie. Bodźce docierały do mnie później, a myśli wydawały
się mętną plątaniną obrazów i mgły. W głowie grała mi odległa melodia, lecz nie
mogłam jej rozpoznać. Poczułam pod czyimiś plecami twarde kawałki drewna. Ktoś
się poruszył, a ostre końcówki połamanych desek wbiły mi się między łopatki. A,
no tak. To ja się poruszyłam. Powoli ośmieliłam się otworzyć oczy. Robiłam to
ostrożnie, ponieważ biel była naprawdę rażąca. Wyobraźcie więc sobie, jeśli
potraficie, moje zdziwienie, gdy wszystko, na co patrzyłam po otwarciu oczu
było raczej ciemne, żeby nie powiedzieć czarne. Zamarłam, gdy trybiki w moim
mózgu próbowały ogarnąć wszystkie możliwości zaistniałej sytuacji. Niestety
chyba zapomniałam je ostatnio naoliwić, ponieważ zamarły jak ja. Zamknęłam na
próbę oczy. Wciąż był tam blask, choć już mniejszy. Zamrugałam parę razy, a
światło słabło stopniowo, aż w końcu zniknęło zupełnie, pozostawiając tylko
jasne, wędrujące powidoki, których nie mogłam złapać wzrokiem. Odetchnęłam
głęboko, zastanawiając się w jakie bagno znowu wpadłam… I dlaczego nie jest to
pierwszy raz. Po dogłębnym przemyśleniu sprawy, doszłam do jednoznacznej
konkluzji iż… nie mam pojęcia czemu to powiedziałam i co się właśnie stało z
moimi myślami. Po raz drugi już zawiesiłam się. Westchnęłam przeciągle. Chyba
lepiej teraz o tym nie myśleć, jeszcze coś uszkodzę i pozbędę się ciężaru
umysłu na zawsze. Postanawiając więc zachować jeszcze przez jakiś czas swój
mózg w stanie względnej zdatności do użytku, spróbowałam się poruszyć. Uczucie
oddalenia też powoli przemijało. Stwierdziłam, że podniosę rękę na próbę. Udało
mi się, lecz nie było to proste. Moje ciało wydawało się cięższe, jakbym mocno
ostatnio oberwała. Co zaskakujące, przyjęłam tą wiadomość z takim spokojem,
jakbym właśnie pomyślała, że na niebie pojawiają się czasem chmury, a nie
jakbym oznajmiła, że ktoś mi ostro dokopał i nawet nie wiem czemu. No właśnie,
nie wiem czemu. Co ja tu właściwie robię? I gdzie jest to TU? Podniosłam w
szybkim tempie głowę, co okazało się być katastrofalnie głupim pomysłem.
Zamarłam nagle zaciskając powieki i próbując powstrzymać zawroty głowy, którym
towarzyszył niemały ból. Z jękiem, powoli położyłam głowę na deskach. Odetchnęłam
kilka razy głębiej, pozbywając się nieprzyjemnego uczucia i zastanowiłam się.
Próbowałam sobie przypomnieć co się stało, ale nic mi nie przychodziło do
głowy. Może widok tego miejsca coś mi rozjaśni. Z ociąganiem zaczęłam powoli i
ostrożnie podnosić się do pozycji siedzącej. Nie było to wcale proste, bo pode
mną zdawało się leżeć parę niestabilnych belek. Rozejrzałam się ostrożnie.
Znajdowałam się w jakimś ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu, które wyglądało na
kompletną ruinę, pode mną zauważyłam stertę połamanych desek. Gdy spojrzałam w
górę, zauważyłam dziurę w suficie, co ciekawe jednak, nie widziałam żadnej
dziury w dachu nad drugim piętrem. Musiałam po prostu przebić się jakoś przez podłogę
wyżej i zemdleć. Może ktoś mną rzucił? To by wytłumaczyło uczucie pobicia,
dziurę i to, że zemdlałam. Rudera jest stara, podłoga nie mogła być solidna.
Tak, to musi być to. Przyszłam tu, lub ktoś mnie tu zaciągnął, pobiłam się i
wywalili mną dziurę w podłodze wyżej. Normalka. Ale nie powinnam przez to
zemdleć… Co ja gadam!? Przecież każdy człowiek by przez to zemdlał! W co ja się
wmieszałam, że ktoś wywalił mną dziurę w podłodze? Wstałam powoli czując się wreszcie
na siłach, by to zrobić. Informacja, że ktoś przebijał mną ostatnio podłogi
jest dość otrzeźwiająca wbrew pozorom. Kto mógł mną tak rzucić? Wplątałam się w
jakąś aferę z mafią? A może z czymś groźniejszym? Co to mogła być za afera? I
dlaczego akurat tutaj? Tyle pytań kłębiło się w mojej głowie, że nie dawałam
rady za nimi nadążyć, a żadna odpowiedź nie nadchodziła. Tylko pytania.
Przeszłam się po zapuszczonym budynku i natrafiłam w końcu na pierwszy ślad.
Ktoś tu był. Widziałam poruszony kurz, czysty kawałek podłogi, kilka szmat i
rzeczy rozrzucone po pokoju. Wyglądało to niemal tak… jakby ktoś tu mieszkał. W
tym momencie usłyszałam skrzypniecie i pobiegłam w tamtym kierunku.
Prześlizgnęłam się szybko i już po chwili byłam w pokoju, który był otwarty na
miejsce, z którego dochodził dźwięk. Ustawiłam się odruchowo, gotowa do walki z
mafią, policją, ludźmi, nieludźmi i ogólnie wszystkim co tylko ośmieliłoby się
mnie zaatakować. Zdziwiłam się moimi odruchami i szybkością, ale najbardziej
miażdżącą w tym wszystkim rzeczą było to, co ujrzałam, a raczej to, kogo
ujrzałam. Odwrócił się w moją stronę powoli, jak w zwolnionym tempie chłopak
mniej więcej w moim wieku z zaciekawioną miną. Wraz z momentem, gdy zobaczyłam
jego twarz, białe włosy i duże, lawendowe oczy, w których widziałam coś tak
dobrze mi znajomego, pojawił się w moich myślach niechciany obraz tej samej
osoby, śmiejącej się do nie najszczerszym śmiechem, jaki słyszałam. Dom nagle
przestał istnieć, a wokół niego pojawiły się ciepłe kolory. Wyglądało to jak
sen, jak jakiś dziwny, nierealny obraz przyjaciela z dzieciństwa we
wspomnieniach małego dziecka. I nagle trafiło mnie to silne wrażenie. Wrażenie,
że go znam, albo przynajmniej już go widziałam. Zamarłam w zdziwieniu,
szczególnie, że zaraz zapytał:
- Kim jesteś?
Zamrugałam parę razy. Więc mnie nie zna. Jak to możliwe? Przecież ja
go znam, albo raczej mam takie wrażenie. Musi mnie znać. Spróbuję mu o tym
przypomnieć.
- Jak to kim jestem? Nie wiesz?
Gdybyśmy żyli w kreskówce nad jego głową pojawiłby się wielki,
latający znak zapytania, ale że nie żyjemy w kreskówce…
- No proszę cię. Przecież się już spotkaliśmy. Jestem…
Zawiesiłam się wpatrując w pustkę przede mną. To było straszne uczucie,
nie wiedziałam.
- Jestem…
Coś zaczęło mi świtać. Szukałam właściwego słowa, lecz ono ciągle
uciekało mi, czając się na granicy świadomości.
-…Koeru. – Szepnęłam, a moje źrenice się rozszerzyły pod wpływem
chwilowej ekscytacji. Wiedziałam jak mam na imię! Ale chwila… Czemu mnie to tak
cieszy?
No i proszę. Doszliśmy wreszcie do tego momentu. Osiągnęliśmy wreszcie
ten poziom opowieści, w którym zaczęłam dopuszczać do siebie prawdę.
- Nie znam cię. – Odezwał się nagle chłopak dalej stojący naprzeciwko
mnie.
Czułam się tak, jakbym oszalała, a słowa z moich ust wypadały jakby
samoistnie, gdy dotarła do mnie prawda.
- Ja też się nie znam. Wiem tylko to. Mam na imię Koeru i widziałam
cię już. Tylko tyle…
Wiedziałam, że mogę niechcący przestraszyć chłopaka, a wyglądało na
to, że był on jedynym kluczem do czegoś co straciłam. Był moją jedyną poszlaką.
Jedyną rzeczą jaką pamiętałam. Musiałam szybko doprowadzić się do porządku.
Utrata praktycznie całej pamięci to nic strasznego prawda? Ha, ha ha, ha… No
dobra, boję się jak jeszcze nigdy, choć wydaje mi się to idiotyczne, że właśnie
ja się boję. Znowu nie mam pojęcia czemu. Ludzie przecież się boją, prawda? To
normalne, to ludzkie. Strach. Dobrze, głęboki wdech i miły uśmiech. Nie
wiedziałam tylko, że nie będzie go widział i mój uśmiech będzie dla niego
wyglądał bardziej jak podejrzliwe spojrzenie. Pomińmy fakt, iż nie wiem jak
wyglądam i w co jestem ubrana.
- Słuchaj, źle się wyraziłam. Widziałam cię już i myślałam po prostu,
że ty też mnie wtedy widziałeś, ale tak najwyraźniej nie było, przepraszam.
- Nic się nie stało. Co tu robisz?
- Dobre pytanie… Właściwie to nie wiem. Ah! I przepraszam za tę podłogę…
Albo za sufit… zależy, gdzie staniesz. Mieszkasz tu?
~Sadic?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz