czwartek, 20 czerwca 2019

Od Koeru CD. Sadic

Pierwsze co pamiętam to biel. Biel tak oślepiająco czysta i jasna, iż wręcz raziła w oczy. Próbowałam zamknąć oczy, by się przed nią osłonić, lecz zorientowałam się, iż od początku mam je zamknięte. Zmarszczyłam czoło i ścisnęłam powieki najmocniej jak umiałam. Czułam każdy ruch mojego ciała, każde przemieszczenie mięśnia i napięcie skóry. Miałam dziwaczne wrażenie odległości od siebie, jakbym była gdzieś z tyłu mojego umysłu i patrzyła na swoje ciało, które porusza się na czyjąś komendę, lecz tym kimś byłam ja. Nie wiem jak inaczej określić to uczucie. Bodźce docierały do mnie później, a myśli wydawały się mętną plątaniną obrazów i mgły. W głowie grała mi odległa melodia, lecz nie mogłam jej rozpoznać. Poczułam pod czyimiś plecami twarde kawałki drewna. Ktoś się poruszył, a ostre końcówki połamanych desek wbiły mi się między łopatki. A, no tak. To ja się poruszyłam. Powoli ośmieliłam się otworzyć oczy. Robiłam to ostrożnie, ponieważ biel była naprawdę rażąca. Wyobraźcie więc sobie, jeśli potraficie, moje zdziwienie, gdy wszystko, na co patrzyłam po otwarciu oczu było raczej ciemne, żeby nie powiedzieć czarne. Zamarłam, gdy trybiki w moim mózgu próbowały ogarnąć wszystkie możliwości zaistniałej sytuacji. Niestety chyba zapomniałam je ostatnio naoliwić, ponieważ zamarły jak ja. Zamknęłam na próbę oczy. Wciąż był tam blask, choć już mniejszy. Zamrugałam parę razy, a światło słabło stopniowo, aż w końcu zniknęło zupełnie, pozostawiając tylko jasne, wędrujące powidoki, których nie mogłam złapać wzrokiem. Odetchnęłam głęboko, zastanawiając się w jakie bagno znowu wpadłam… I dlaczego nie jest to pierwszy raz. Po dogłębnym przemyśleniu sprawy, doszłam do jednoznacznej konkluzji iż… nie mam pojęcia czemu to powiedziałam i co się właśnie stało z moimi myślami. Po raz drugi już zawiesiłam się. Westchnęłam przeciągle. Chyba lepiej teraz o tym nie myśleć, jeszcze coś uszkodzę i pozbędę się ciężaru umysłu na zawsze. Postanawiając więc zachować jeszcze przez jakiś czas swój mózg w stanie względnej zdatności do użytku, spróbowałam się poruszyć. Uczucie oddalenia też powoli przemijało. Stwierdziłam, że podniosę rękę na próbę. Udało mi się, lecz nie było to proste. Moje ciało wydawało się cięższe, jakbym mocno ostatnio oberwała. Co zaskakujące, przyjęłam tą wiadomość z takim spokojem, jakbym właśnie pomyślała, że na niebie pojawiają się czasem chmury, a nie jakbym oznajmiła, że ktoś mi ostro dokopał i nawet nie wiem czemu. No właśnie, nie wiem czemu. Co ja tu właściwie robię? I gdzie jest to TU? Podniosłam w szybkim tempie głowę, co okazało się być katastrofalnie głupim pomysłem. Zamarłam nagle zaciskając powieki i próbując powstrzymać zawroty głowy, którym towarzyszył niemały ból. Z jękiem, powoli położyłam głowę na deskach. Odetchnęłam kilka razy głębiej, pozbywając się nieprzyjemnego uczucia i zastanowiłam się. Próbowałam sobie przypomnieć co się stało, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Może widok tego miejsca coś mi rozjaśni. Z ociąganiem zaczęłam powoli i ostrożnie podnosić się do pozycji siedzącej. Nie było to wcale proste, bo pode mną zdawało się leżeć parę niestabilnych belek. Rozejrzałam się ostrożnie. Znajdowałam się w jakimś ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu, które wyglądało na kompletną ruinę, pode mną zauważyłam stertę połamanych desek. Gdy spojrzałam w górę, zauważyłam dziurę w suficie, co ciekawe jednak, nie widziałam żadnej dziury w dachu nad drugim piętrem. Musiałam po prostu przebić się jakoś przez podłogę wyżej i zemdleć. Może ktoś mną rzucił? To by wytłumaczyło uczucie pobicia, dziurę i to, że zemdlałam. Rudera jest stara, podłoga nie mogła być solidna. Tak, to musi być to. Przyszłam tu, lub ktoś mnie tu zaciągnął, pobiłam się i wywalili mną dziurę w podłodze wyżej. Normalka. Ale nie powinnam przez to zemdleć… Co ja gadam!? Przecież każdy człowiek by przez to zemdlał! W co ja się wmieszałam, że ktoś wywalił mną dziurę w podłodze? Wstałam powoli czując się wreszcie na siłach, by to zrobić. Informacja, że ktoś przebijał mną ostatnio podłogi jest dość otrzeźwiająca wbrew pozorom. Kto mógł mną tak rzucić? Wplątałam się w jakąś aferę z mafią? A może z czymś groźniejszym? Co to mogła być za afera? I dlaczego akurat tutaj? Tyle pytań kłębiło się w mojej głowie, że nie dawałam rady za nimi nadążyć, a żadna odpowiedź nie nadchodziła. Tylko pytania. Przeszłam się po zapuszczonym budynku i natrafiłam w końcu na pierwszy ślad. Ktoś tu był. Widziałam poruszony kurz, czysty kawałek podłogi, kilka szmat i rzeczy rozrzucone po pokoju. Wyglądało to niemal tak… jakby ktoś tu mieszkał. W tym momencie usłyszałam skrzypniecie i pobiegłam w tamtym kierunku. Prześlizgnęłam się szybko i już po chwili byłam w pokoju, który był otwarty na miejsce, z którego dochodził dźwięk. Ustawiłam się odruchowo, gotowa do walki z mafią, policją, ludźmi, nieludźmi i ogólnie wszystkim co tylko ośmieliłoby się mnie zaatakować. Zdziwiłam się moimi odruchami i szybkością, ale najbardziej miażdżącą w tym wszystkim rzeczą było to, co ujrzałam, a raczej to, kogo ujrzałam. Odwrócił się w moją stronę powoli, jak w zwolnionym tempie chłopak mniej więcej w moim wieku z zaciekawioną miną. Wraz z momentem, gdy zobaczyłam jego twarz, białe włosy i duże, lawendowe oczy, w których widziałam coś tak dobrze mi znajomego, pojawił się w moich myślach niechciany obraz tej samej osoby, śmiejącej się do nie najszczerszym śmiechem, jaki słyszałam. Dom nagle przestał istnieć, a wokół niego pojawiły się ciepłe kolory. Wyglądało to jak sen, jak jakiś dziwny, nierealny obraz przyjaciela z dzieciństwa we wspomnieniach małego dziecka. I nagle trafiło mnie to silne wrażenie. Wrażenie, że go znam, albo przynajmniej już go widziałam. Zamarłam w zdziwieniu, szczególnie, że zaraz zapytał:
- Kim jesteś?
Zamrugałam parę razy. Więc mnie nie zna. Jak to możliwe? Przecież ja go znam, albo raczej mam takie wrażenie. Musi mnie znać. Spróbuję mu o tym przypomnieć.
- Jak to kim jestem? Nie wiesz?
Gdybyśmy żyli w kreskówce nad jego głową pojawiłby się wielki, latający znak zapytania, ale że nie żyjemy w kreskówce…
- No proszę cię. Przecież się już spotkaliśmy. Jestem…
Zawiesiłam się wpatrując w pustkę przede mną. To było straszne uczucie, nie wiedziałam.
- Jestem…
Coś zaczęło mi świtać. Szukałam właściwego słowa, lecz ono ciągle uciekało mi, czając się na granicy świadomości.
-…Koeru. – Szepnęłam, a moje źrenice się rozszerzyły pod wpływem chwilowej ekscytacji. Wiedziałam jak mam na imię! Ale chwila… Czemu mnie to tak cieszy?
No i proszę. Doszliśmy wreszcie do tego momentu. Osiągnęliśmy wreszcie ten poziom opowieści, w którym zaczęłam dopuszczać do siebie prawdę.
- Nie znam cię. – Odezwał się nagle chłopak dalej stojący naprzeciwko mnie.
Czułam się tak, jakbym oszalała, a słowa z moich ust wypadały jakby samoistnie, gdy dotarła do mnie prawda.
- Ja też się nie znam. Wiem tylko to. Mam na imię Koeru i widziałam cię już. Tylko tyle…
Wiedziałam, że mogę niechcący przestraszyć chłopaka, a wyglądało na to, że był on jedynym kluczem do czegoś co straciłam. Był moją jedyną poszlaką. Jedyną rzeczą jaką pamiętałam. Musiałam szybko doprowadzić się do porządku. Utrata praktycznie całej pamięci to nic strasznego prawda? Ha, ha ha, ha… No dobra, boję się jak jeszcze nigdy, choć wydaje mi się to idiotyczne, że właśnie ja się boję. Znowu nie mam pojęcia czemu. Ludzie przecież się boją, prawda? To normalne, to ludzkie. Strach. Dobrze, głęboki wdech i miły uśmiech. Nie wiedziałam tylko, że nie będzie go widział i mój uśmiech będzie dla niego wyglądał bardziej jak podejrzliwe spojrzenie. Pomińmy fakt, iż nie wiem jak wyglądam i w co jestem ubrana.
- Słuchaj, źle się wyraziłam. Widziałam cię już i myślałam po prostu, że ty też mnie wtedy widziałeś, ale tak najwyraźniej nie było, przepraszam.
- Nic się nie stało. Co tu robisz?
- Dobre pytanie… Właściwie to nie wiem. Ah! I przepraszam za tę podłogę… Albo za sufit… zależy, gdzie staniesz. Mieszkasz tu?


~Sadic?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz