Wieczna symetria i ład w pewnym momencie przestawały być ciekawe, a jedynie stawały się codzienną monotonicznością. Nie miałem już co tutaj robić, ale zawsze, kiedy tylko starałem się uprosić jakiegoś starszego członka rodziny na ciekawą wyprawę w miejsce zwane Ziemią, odmawiali. Każdy z nich twierdził, że świat, z którego uciekliśmy był zły, nieprzewidywalny i niesprawiedliwy w swojej naturalności i gdybym tam trafił, najprawdopodobniej nie zaznałbym tam niczego dobrego. Poza tym Okami stworzyła nasz wymiar, abyśmy mieszkali właśnie tutaj i byli bezpieczni. Za każdym razem powtarzali mi więc to samo, ale ja i tak nie potrafiłem tego zrozumieć. Nie potrafiłem zrozumieć czym jest zło. Oczywiście miałem świadomość, że to zapewne coś podobnego do chwili, w której zrobię coś, za co później karci mnie mama, ale w takim razie nie widziałem w tym całym „złu” niczego strasznego. To da się przetrwać.
Na szczęście nadszedł w końcu taki dzień, w którym to właśnie dziadek Derven powiedział, że jestem już wystarczająco duży i może zabrać mnie na trochę na Ziemię. Nie mogłem wtedy uwierzyć w jego słowa, a z radości miałem ochotę zacząć szaleć. Co prawda nie widywałem tego wysokiego pana, przywdzianego w czarny płaszcz zbyt często w swoim życiu, ale zgodziłem się z nim od razu. Chciałem dostać się na ziemię. Chciałem uciec z Elbion chociaż na chwilę... Jedynym warunkiem postawionym przez dziadka było to, że nie mogę nikomu o tym powiedzieć, nawet mamie, bo inaczej nie będzie mógł mnie tam zabrać. Poza tym, kiedy już znajdę się z nim na Ziemi, nie mogę odpowiadać na wiadomości telepatyczne, ponieważ jeżeli to zrobię, będą mogli mnie zlokalizować i odnaleźć, a tym samym zabrać z powrotem do wymiaru, z którego nie będę mógł się więcej wydostać. Mówił to bardzo poważnym tonem, klęcząc przede mną na jedno kolano, aby choć trochę wyrównać różnicę wzrostu pomiędzy nami. Był naprawdę wysoką osobą, a na twarzy miał parę blizn i zmarszczek. Jego oczy były błękitne, chłodne i miałem wrażenie, że mógłby mnie nimi zamrozić, gdybym odważył się nie uczynić tego, co mi nakazał. No cóż, nic takiego jednak się nie wydarzy, bo miałem zamiar zrobić dokładnie to, co mi polecił. Zero kontaktu. Ani słowa. Nawet na Ziemi.
Wuj zaprowadził mnie w miejsce, którego nigdy wcześniej nie widziałem, chociaż spędziłem w wymiarze mnóstwo czasu i wydawało mi się, że już nic nie może mnie zaskoczyć. Stanęliśmy przed wielkimi, drewnianymi drzwiami, podobnymi do takich świątynnych, ale bez żadnej klamki i do tego jeszcze wspanialszych. Gdy ich dotknął, zaczęły mienić się jasnym, iskrzącym światłem, które w końcu wypełniło całą ich przestrzeń tak, że już nie było widać ich drewnianej struktury, a jedynie gładką, pyłową masę, połyskującą delikatnie różnymi kolorami. Zanim przeszedł, spojrzał z góry na mnie, dając mi do zrozumienia, abym zrobił to pierwszy. Przyjrzałem się obcemu mi zjawisku przede mną jeszcze raz i z dreszczem podekscytowania, przebiegającym mi po plecach, wyciągnąłem dłoń, by nią go dotknąć. Nie poczułem właściwie nic, a moja kończyna zanurzyła się w mieniącej strukturze niemal cała. Po chwili więc, szybkim ruchem wkroczyłem w nią całym sobą, dostając się na drugą stronę przejścia. Znalazłem się na dachu wysokiego budynku, jednego z wielu, czując, jak moje włosy mierzwi delikatny wiatr wiejący wprost w moją stronę. Zrobiłem parę kroków na przód, podchodząc do krawędzi, skąd spojrzałem w dół. Pode mną rozciągały się ulice pełne ludzi i samochodów, innych budynków, z których ani jeden nie miał szklanego dachu, ani perfekcyjnie dobranych kolorów, ani nawet nie był wybudowany wymiarowo względem innych. Panował tu chaos i istniał zgiełk... Wspaniale! Wydałem z siebie odgłos podekscytowania i chciałem zrobić jeszcze jeden krok, by nachylić się bardziej, ale wtedy ktoś złapał mnie na ramię i silnym uściskiem odsunął od krawędzi. Obejrzałem się za siebie, pewny, że zobaczę dziadka Dervena, jednak to nie był on.
– Co tu do cholery robisz, szczeniaku? Chcesz się zabić? – ostry ton tęgiego, brodatego mężczyzny wybrzmiał mi prosto w twarz, a on sam szybko popchnął mnie w stronę zejścia na schody prowadzącego w dół budynku. – Zmiataj stąd! Masz szczęście, że tam byłem. – Wygonił mnie na zewnątrz, prosto na ulicę przepełnioną ludźmi. Nie przejąłem się zbytnio jego słowami. Zacząłem podziwiać widoczny jeszcze lepiej z dołu chaos. Ludzie mijali mnie obojętnie, czasami w pośpiechu popychając, jakby zupełnie nie zauważali, że tu stoję. Zacząłem przemieszczać się wzdłuż długiej ulicy, nie mogąc uwierzyć w to, gdzie jestem. Tu było tak... Fantastycznie! Zacząłem biec przed siebie, rozradowany tym, że wreszcie udało mi się uciec z wymiaru, w którym byłem uwięziony i w którym prawie nie było ludzi. Tu było ich mnóstwo! Na pewno nie będę samotny aż do powrotu! Hej... Chyba, że... Nie wrócę! Wtedy nie będę samotny już nigdy!
Biegłem tak, śmiejąc się sam do siebie, podekscytowany tym wszystkim, co mnie otacza, kiedy moją uwagę przykuło samotnie stojące pod lichym zadaszeniem stoisko z owocami, za którym stał niski, ale gruby mężczyzna. Zbliżyłem się powoli. Jedzenie wyglądało tutaj jak na Elbion... Chwyciłem w rękę jedno z wielu jabłek i je ugryzłem, by spróbować, czy smakuje równie podobnie jak wygląda.
– Hej! Najpierw się płaci, dawaj forsę! – siedzący za stoiskiem mężczyzna momentalnie się zerwał.
– Co? – zapytałem nie rozumiejąc o co mu chodzi. Nie można tak po prostu wziąść sobie jedzenia? Czym jest forsa? A może... No tak! Zapomniałem poprosić, gdzie moje maniery! – Przepraszam, powinienem najpierw poprosić, już będę pamiętał. – spuściłem skruszony wzrok w ziemię.
Na szczęście nadszedł w końcu taki dzień, w którym to właśnie dziadek Derven powiedział, że jestem już wystarczająco duży i może zabrać mnie na trochę na Ziemię. Nie mogłem wtedy uwierzyć w jego słowa, a z radości miałem ochotę zacząć szaleć. Co prawda nie widywałem tego wysokiego pana, przywdzianego w czarny płaszcz zbyt często w swoim życiu, ale zgodziłem się z nim od razu. Chciałem dostać się na ziemię. Chciałem uciec z Elbion chociaż na chwilę... Jedynym warunkiem postawionym przez dziadka było to, że nie mogę nikomu o tym powiedzieć, nawet mamie, bo inaczej nie będzie mógł mnie tam zabrać. Poza tym, kiedy już znajdę się z nim na Ziemi, nie mogę odpowiadać na wiadomości telepatyczne, ponieważ jeżeli to zrobię, będą mogli mnie zlokalizować i odnaleźć, a tym samym zabrać z powrotem do wymiaru, z którego nie będę mógł się więcej wydostać. Mówił to bardzo poważnym tonem, klęcząc przede mną na jedno kolano, aby choć trochę wyrównać różnicę wzrostu pomiędzy nami. Był naprawdę wysoką osobą, a na twarzy miał parę blizn i zmarszczek. Jego oczy były błękitne, chłodne i miałem wrażenie, że mógłby mnie nimi zamrozić, gdybym odważył się nie uczynić tego, co mi nakazał. No cóż, nic takiego jednak się nie wydarzy, bo miałem zamiar zrobić dokładnie to, co mi polecił. Zero kontaktu. Ani słowa. Nawet na Ziemi.
Wuj zaprowadził mnie w miejsce, którego nigdy wcześniej nie widziałem, chociaż spędziłem w wymiarze mnóstwo czasu i wydawało mi się, że już nic nie może mnie zaskoczyć. Stanęliśmy przed wielkimi, drewnianymi drzwiami, podobnymi do takich świątynnych, ale bez żadnej klamki i do tego jeszcze wspanialszych. Gdy ich dotknął, zaczęły mienić się jasnym, iskrzącym światłem, które w końcu wypełniło całą ich przestrzeń tak, że już nie było widać ich drewnianej struktury, a jedynie gładką, pyłową masę, połyskującą delikatnie różnymi kolorami. Zanim przeszedł, spojrzał z góry na mnie, dając mi do zrozumienia, abym zrobił to pierwszy. Przyjrzałem się obcemu mi zjawisku przede mną jeszcze raz i z dreszczem podekscytowania, przebiegającym mi po plecach, wyciągnąłem dłoń, by nią go dotknąć. Nie poczułem właściwie nic, a moja kończyna zanurzyła się w mieniącej strukturze niemal cała. Po chwili więc, szybkim ruchem wkroczyłem w nią całym sobą, dostając się na drugą stronę przejścia. Znalazłem się na dachu wysokiego budynku, jednego z wielu, czując, jak moje włosy mierzwi delikatny wiatr wiejący wprost w moją stronę. Zrobiłem parę kroków na przód, podchodząc do krawędzi, skąd spojrzałem w dół. Pode mną rozciągały się ulice pełne ludzi i samochodów, innych budynków, z których ani jeden nie miał szklanego dachu, ani perfekcyjnie dobranych kolorów, ani nawet nie był wybudowany wymiarowo względem innych. Panował tu chaos i istniał zgiełk... Wspaniale! Wydałem z siebie odgłos podekscytowania i chciałem zrobić jeszcze jeden krok, by nachylić się bardziej, ale wtedy ktoś złapał mnie na ramię i silnym uściskiem odsunął od krawędzi. Obejrzałem się za siebie, pewny, że zobaczę dziadka Dervena, jednak to nie był on.
– Co tu do cholery robisz, szczeniaku? Chcesz się zabić? – ostry ton tęgiego, brodatego mężczyzny wybrzmiał mi prosto w twarz, a on sam szybko popchnął mnie w stronę zejścia na schody prowadzącego w dół budynku. – Zmiataj stąd! Masz szczęście, że tam byłem. – Wygonił mnie na zewnątrz, prosto na ulicę przepełnioną ludźmi. Nie przejąłem się zbytnio jego słowami. Zacząłem podziwiać widoczny jeszcze lepiej z dołu chaos. Ludzie mijali mnie obojętnie, czasami w pośpiechu popychając, jakby zupełnie nie zauważali, że tu stoję. Zacząłem przemieszczać się wzdłuż długiej ulicy, nie mogąc uwierzyć w to, gdzie jestem. Tu było tak... Fantastycznie! Zacząłem biec przed siebie, rozradowany tym, że wreszcie udało mi się uciec z wymiaru, w którym byłem uwięziony i w którym prawie nie było ludzi. Tu było ich mnóstwo! Na pewno nie będę samotny aż do powrotu! Hej... Chyba, że... Nie wrócę! Wtedy nie będę samotny już nigdy!
Biegłem tak, śmiejąc się sam do siebie, podekscytowany tym wszystkim, co mnie otacza, kiedy moją uwagę przykuło samotnie stojące pod lichym zadaszeniem stoisko z owocami, za którym stał niski, ale gruby mężczyzna. Zbliżyłem się powoli. Jedzenie wyglądało tutaj jak na Elbion... Chwyciłem w rękę jedno z wielu jabłek i je ugryzłem, by spróbować, czy smakuje równie podobnie jak wygląda.
– Hej! Najpierw się płaci, dawaj forsę! – siedzący za stoiskiem mężczyzna momentalnie się zerwał.
– Co? – zapytałem nie rozumiejąc o co mu chodzi. Nie można tak po prostu wziąść sobie jedzenia? Czym jest forsa? A może... No tak! Zapomniałem poprosić, gdzie moje maniery! – Przepraszam, powinienem najpierw poprosić, już będę pamiętał. – spuściłem skruszony wzrok w ziemię.
– Żartujesz sobie, dzieciaku?! – mężczyzna zdawał się niewzruszony, a nawet wydawało mi się, że jeszcze bardziej się zdenerwował. Co zrobiłem nie tak? Na Ziemi mają inne zwyczaje niż na Elbion? – Oddawaj to! – ruszył w moją stronę, wyciągając rękę po jabłko, które trzymałem.
– Nie! – zawołałem od razu. Byłem głodny, dlaczego on chciał mi zabrać jedzenie? Mężczyzna zacisnął pięści, gotów wyrwać mi owoc z rąk, jednak zanim to zrobił, zerwałem się szybko do biegu i zacząłem mu uciekać. Nie oddam mu tego! Zaczął mnie gonić, krzycząc, że jestem złodziejem, ale na szczęście udało mi się go zgubić za pierwszym lepszym zakrętem. No, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo w przeciwieństwie do mnie, chyba lepiej znał rozmieszczenie ulic. Już po chwili znalazł się na drugim końcu przejścia, tuż przede mną. Zwinnie zawróciłem, rzucając się do biegu. Nie zamierzałem się poddać, nie miał prawa zabierać mi jedzenia! Szarżowałem przed siebie, wbiegając na szeroką ulicę. Mężczyzna już po chwili biegł za mną, chociaż przez jego otyłą posturę, szło mu to nieco wolniej. Skręciłem jeszcze parę razy, zanim w oczy rzucił mi się stary, drewniany budynek, wyglądający raczej na taki, którym nikt by się nie interesował. Bez zbędnego myślenia od razu przecisnąłem się przez uszkodzoną siatkę ogrodzenia i wskoczyłem do środka budynku przez szparę w jednym z boków. Wyjżałem na zewnątrz przez wybite okno dopiero po chwili, widząc jak ścigający mnie mężczyzna rozgląda się za mną i w końcu rezygnuje z pościgu, z groźnym warknięciem wracając w swoją stronę. Odetchnąłem i zacząłem się śmiać. Ale to było super! Na Elbion nigdy bym czegoś takiego nie przeżył!
– Nie! – zawołałem od razu. Byłem głodny, dlaczego on chciał mi zabrać jedzenie? Mężczyzna zacisnął pięści, gotów wyrwać mi owoc z rąk, jednak zanim to zrobił, zerwałem się szybko do biegu i zacząłem mu uciekać. Nie oddam mu tego! Zaczął mnie gonić, krzycząc, że jestem złodziejem, ale na szczęście udało mi się go zgubić za pierwszym lepszym zakrętem. No, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo w przeciwieństwie do mnie, chyba lepiej znał rozmieszczenie ulic. Już po chwili znalazł się na drugim końcu przejścia, tuż przede mną. Zwinnie zawróciłem, rzucając się do biegu. Nie zamierzałem się poddać, nie miał prawa zabierać mi jedzenia! Szarżowałem przed siebie, wbiegając na szeroką ulicę. Mężczyzna już po chwili biegł za mną, chociaż przez jego otyłą posturę, szło mu to nieco wolniej. Skręciłem jeszcze parę razy, zanim w oczy rzucił mi się stary, drewniany budynek, wyglądający raczej na taki, którym nikt by się nie interesował. Bez zbędnego myślenia od razu przecisnąłem się przez uszkodzoną siatkę ogrodzenia i wskoczyłem do środka budynku przez szparę w jednym z boków. Wyjżałem na zewnątrz przez wybite okno dopiero po chwili, widząc jak ścigający mnie mężczyzna rozgląda się za mną i w końcu rezygnuje z pościgu, z groźnym warknięciem wracając w swoją stronę. Odetchnąłem i zacząłem się śmiać. Ale to było super! Na Elbion nigdy bym czegoś takiego nie przeżył!
***
Kolejne dni na Ziemi spędziłem podobnie, zdobywając jedzenie poprzez gonitwy z innymi. Zwiedzałem również miasto, którego końca nie mogłem znaleźć, ponieważ w przeciwieństwie do Elbion, musiało być dłuższe niż cały wymiar. Zawsze powracałem jednak do starego, drewnianego domu, w którym mogłem się schronić i w którym spędzałem noce. Oczywiście zarówno mama jak i inni z Elbion próbowali się ze mną kontaktować, praktycznie cały czas. Ja jednak im nie odpowiadałem, tak jak obiecałem dziadkowi Dervenowi. Nie chciałem wracać do wymiaru. Był mały i nudny, a tutaj mogłem jeszcze tyle zobaczyć! Wszystko na Ziemi było jakieś inne niż tam, o wiele ciekawsze i piękniejsze w swej chaotyczności. Poza tym, gdybym powrócił do wymiaru, mógłbym już nigdy nie wrócić na Ziemię.
Dzisiejszego wieczora dzień minął mi podobnie. Powoli już się ściemniało, a mężczyzna ze stoiska już powoli chował swoje produkty. Wkroczyłem więc szybko do akcji, łapiąc parę owoców w ręce i szybko uciekając.
– Znowu ten łotr! Niech no ja cię tylko dorwę! – krzyknął za mną, jednak tym razem już nie miał szans mnie złapać. Uciekałem już dobrze mi poznaną przez kilka dni drogą, prosto do starego domu. Zgubiłem go już na początku, tak więc do schronienia wróciłem rozbawiony i dumny z siebie jednocześnie. Wślizgnąłem się przez szczelinę z boku i znalazłem się w środku, w małym przedsionku. Od razu jednak ucichłem, kiedy w oczy rzuciła mi się postać obcej dziewczyny, stojącej w pomieszczeniu naprzeciwko, wpatrującej się we mnie ze zdziwieniem na twarzy. Miała białe włosy, tak jak ja, wyglądała na zwyczajną Ziemiankę, jednak coś wyróżniało ją od tych ludzi, których widywałem na ulicach. Nie byłem do końca pewny co...
– Kim jesteś? – zapytałem ciekawsko, przekrzywiając głowę na bok.
***
– Znowu ten łotr! Niech no ja cię tylko dorwę! – krzyknął za mną, jednak tym razem już nie miał szans mnie złapać. Uciekałem już dobrze mi poznaną przez kilka dni drogą, prosto do starego domu. Zgubiłem go już na początku, tak więc do schronienia wróciłem rozbawiony i dumny z siebie jednocześnie. Wślizgnąłem się przez szczelinę z boku i znalazłem się w środku, w małym przedsionku. Od razu jednak ucichłem, kiedy w oczy rzuciła mi się postać obcej dziewczyny, stojącej w pomieszczeniu naprzeciwko, wpatrującej się we mnie ze zdziwieniem na twarzy. Miała białe włosy, tak jak ja, wyglądała na zwyczajną Ziemiankę, jednak coś wyróżniało ją od tych ludzi, których widywałem na ulicach. Nie byłem do końca pewny co...
– Kim jesteś? – zapytałem ciekawsko, przekrzywiając głowę na bok.
Koeru?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz